Terroryzm, lewica, dialog

Słowo “terroryzm” jest najczęściej utożsamiane przez media z zamachowcami spod znaku dżihadu. Ale zanim samoloty uderzyły w WTC, jeszcze zanim upadła żelazna kurtyna, kraje EWG doświadczały terroryzmu rodzimych lewackich bojówek. Teraz same władze państw Europy Zachodniej wyjmują tego trupa z szafy.

Na wolność wyszedł Philippe Bidart, przywódca baskijskich terrorystów we Francji, skazany na dwukrotne dożywocie za zabójstwo dwóch policjantów. Odsiedział 20 lat, z więzienia wychodził, wymachując baskijską flagą, przy aplauzie zgromadzonych zwolenników. Potem ogłoszono, że wkrótce na wolność wyjdzie Brigitte Mohnhaupt. W latach 70. należała ona do ścisłego kierownictwa Frakcji Czerwonej Armii, działającej w Niemczech Zachodnich lewackiej organizacji terrorystycznej. W 1977 r. Mohnhaupt własnoręcznie zastrzeliła szefa Dresdner Banku, Jurgena Ponto, brała również udział w innych zamachach. Także Mohnhaupt została skazana na wielokrotne – dokładnie pięciokrotne – dożywocie.

Zagłaskać zbrodniarzy

Oba przypadki to efekt liberalnej doktryny prawa karnego panującej w Europie, również w Polsce. Doktryna ta wychodzi z założenia, że można złagodzić karę przestępcy, który nie stwarza już zagrożenia dla społeczeństwa. W efekcie zasądzane wyroki okazują się iluzją – już nie tylko wypuszcza się przed terminem, ale z więzienia wychodzą zbrodniarze z wyrokami dożywocia. A przecież dożywocie miało zastępować karę śmierci, być bardziej humanitarnym sposobem na uwolnienie społeczeństwa od kryminalistów, którzy powinni zostać trwale unieszkodliwieni.
Nadmierny liberalizm powoduje oczywiście upadek autorytetu wymiaru sprawiedliwości – ślepe, wydawałoby się, zastosowanie tych samych zasad do terrorystów to sygnał, że nawet oni nie muszą obawiać się konsekwencji ze strony społeczeństwa. Czy jednak na pewno ślepe? Od dawna wiadomo, że dawni dysydenci z czasów rewolty studenckiej 1968 r. obecnie tworzą trzon europejskiej lewicy. A właśnie z tejże rewolty powstała również niemiecka Frakcja Czerwonej Armii. Także terroryzm spod znaku baskijskiego nacjonalizmu narodził się w tym samym czasie. Czy powiązania między establishmentem a “gniewnymi” lewakami są natury li tylko genealogicznej?
Na marginesie, trudno nie zauważyć podobieństwa z sytuacją w Polsce. U nas również co najmniej od czasów okołookrągłostołowych panuje ideologia “humanitarnego” prawa – i systemu penitencjarnego. Dopiero niedawno, przy okazji kolejnych afer, wyszły na jaw powiązania elit III RP z przestępczością zorganizowaną – powiązania stanowiące element zjawiska zwanego układem, zjawiska, którego zwornikiem są struktury wyrosłe na fundamencie jeszcze PRL-owskich służb specjalnych.
To oczywiście, jak mawiał Rudyard Kipling, zupełnie inna historia. Jednak to porównanie dowodzi, że ścisłe związki między tzw. “elitami” a pospolitymi przestępcami nie są czymś niewyobrażalnym.

Głodówka de Juany

Trudno ocenić, czy fala “dobroci” dla terrorystów oznacza jakiś sygnał ze strony establishmentu, czy jest jedynie spłatą zaciągniętych zobowiązań, czy jeszcze czymś innym. Na pewno natomiast zwolnienie Bidarta i Mohnhaupt to nie jedyne dwa przypadki. Uwagę mediów przykuwa ostatnio również niejaki I?aki de Juana Chaos. Ten członek najbardziej niebezpiecznej baskijskiej organizacji terrorystycznej – ETA – został pod koniec lat 80. skazany na 3000 lat więzienia za zabicie w zamachach terrorystycznych 25 osób. Zgodnie z obecnym hiszpańskim prawem ów terrorysta i wielokrotny zabójca miał wyjść z celi po 18 latach. Jednak w ubiegłym roku sąd uznał, że już w więzieniu de Juana dopuścił się kolejnego przestępstwa – podżegania do terroryzmu. Tak właśnie zinterpretowano artykuły, które wspomniany “etarra” pisywał do gazet. Skazany za to na kolejne 12 lat terrorysta uznał wyrok hiszpańskiego sądu za łamanie jego praw i na początku listopada 2006 r. podjął głodówkę. O sprawie zrobiło się jednak głośno dopiero niedawno, gdy “The Times” opublikował zdjęcia “biednego, wychudzonego” więźnia. Choć de Juana nie tylko nie okazał skruchy, ale w wywiadzie dla brytyjskiego dziennika oświadczył, że nie żałuje swoich zbrodni (25 ofiar śmiertelnych!), sąd ugiął się pod naciskiem i zmienił wyrok na 3 lata, z których 2 już odsiedział, więc za rok wyszedłby na wolność. To jednak nie wystarcza terroryście, który kontynuuje głodówkę.
Publikacja “Timesa” wzbudziła oburzenie hiszpańskiej opinii publicznej. Sekretarz generalny Europejskiej Partii Ludowej (w skład tej frakcji Parlamentu Europejskiego wchodzą m.in. PSL i PO, a w Hiszpanii Partia Ludowa i Unia Demokratyczna Katalonii) Antonio López Istúriz w wywiadzie dla radia COPE oświadczył, że gazeta powinna była raczej opublikować zdjęcia ofiar de Juany, w tym dzieci. W sondażach przytłaczająca większość respondentów domaga się zatrzymania terrorysty w więzieniu.

Zamachy z 11 marca

Hiszpania jest krajem, w którym temat powiązań lewicy z terrorystami jest szczególnie drażliwy. Niedawno rozpoczęły się rozprawy w procesie osób oskarżonych o dokonanie zamachów z 11 marca 2004 r., które doprowadziły do przejęcia władzy przez lewicę. Oskarżeni to 20 osób narodowości arabskiej – z różnych krajów islamskich – i 9 Hiszpanów. Ci ostatni odpowiadają za takie przestępstwa, jak np. dostarczenie zamachowcom materiałów wybuchowych z kopalni Conchita w Asturii.
Zdaniem wielu krytyków, proces jest pokazowy i nie doprowadzi do rzeczywistego ujawnienia tajemnic 11-M. I tak np. Alicia Castro, deputowana i swego czasu członkini parlamentarnej komisji ds. 11-M, oświadczyła, że oskarżeni, którzy zeznawali przed trybunałem, w żaden sposób nie odpowiadają “profilowi intelektualnych autorów masakry”. Posłanka ludowców nie bez racji wskazała, że brak zaufania do obecnej rozprawy to wynik manipulacji, jakich dopuścił się obecny rząd w czasie trzech lat śledztwa. “Socjaliści kłamią, myślą, że obywatele są głupi, to rząd uczynił niewiarygodnym proces (w sprawie) 11 marca” – dodała Castro w ostrych, typowych dla hiszpańskiej debaty publicznej słowach, nawiązując do wielu pytań, jakie wciąż pozostają bez odpowiedzi.
Istotnie, jeśli chodzi o 11-M, starożytna zasada is fecit cui prodest (ten dokonał, kto zyskał) sugeruje związek PSOE (hiszpańskich socjalistów), a także ETA, z zamachami (pisaliśmy o tym ostatnio w “Naszym Dzienniku”, m.in. przy okazji niedawnej manifestacji przeciw ETA w Madrycie). Dodatkowo w toku śledztwa starannie ukrywano wszelkie możliwe powiązania zamachowców z baskijską organizacją terrorystyczną, starając się wyeksponować wątek islamski. To miało jeszcze bardziej pogrążyć ludowców, którzy w czasie sprawowania władzy wysłali hiszpańskich żołnierzy do Iraku.
Oczywiście jest mało prawdopodobne, żeby za masakrę, w której zginęło 191 osób, w tym czworo Polaków, odpowiadała wyłącznie ETA. Jednym z najbardziej dramatycznych przypadków 11-M była historia Patrycji Rzący, siedmiomiesięcznej dziewczynki z Alcalá de Henares. Córka Polaków, którzy do Hiszpanii przybyli za chlebem, przeżyła zamach. Przez kilkadziesiąt godzin lekarze walczyli o jej życie – bez powodzenia. Choć w wybuchach zginęli głównie rdzenni Hiszpanie, to imię Patrycji, najmłodszej, jakby najbardziej niewinnej ofiary terrorystów, pojawiało się najczęściej na transparentach na wszystkich demonstracjach solidarności z ofiarami zamachu. W wyniku eksplozji zginął również ojciec dziewczynki, zaś matka została ciężko ranna. Raczej wydaje się, że doszło do swego rodzaju porozumienia różnych organizacji. Dwuznaczna (delikatnie mówiąc) postawa PSOE i rządu Zapatero nie pozwala sądzić, by to porozumienie odbyło się bez ich udziału.

Możliwa przyszłość

Nieraz narzekamy na rozmaite zapóźnienia dziejowe, np. na niższe pobory niż w innych krajach UE. Niewielka to jednak cena, jaką płacimy za to, że możemy naszą własną, jeszcze tylko możliwą przyszłość najpierw obejrzeć na scenie innych krajów, tych jakoby “niezapóźnionych”. Nieraz jednak zaczyna się nam wydawać, że to tylko teatr, a nie świat realny, skoro mamy silne przekonanie, że nas owe wydarzenia ominą. Wystarczy tylko otworzyć oczy i zły sen mija. Czujemy się zatem jakby w roli dziejowych bohaterów moralności, których żadne zło nie może dosięgnąć. Czyżby?
Nie schodzi z pierwszych stron mediów temat kolejnych światowych podbojów politycznie zorganizowanego homoseksualizmu. Nie widać jednak u nas głębszego niepokoju, że dzisiaj te same oglądane zjawiska już wkrótce przyjdzie nam doświadczać na własnej skórze. Ostatnio opowiada się w mediach, że wakacyjna manifestacja sodomitów w Holandii zostanie zasilona także przez dzieci. Mają one być także owej “opcji”, a nastolatki właściwie nie są już dziećmi, odpierają w Holandii ewentualne skojarzenia z pedofilią. Resztki wątpliwości nawet tych holenderskich polityków, którzy jakoby są przeciwni homoseksualnej propagandzie, rozwiało wymaganie, aby owe “nastolatki” były w towarzystwie rodziców i w pewnym oddaleniu od innych uczestników “pochodu”. Już jednak nie mówi się, co będzie, jeśli rodzice nie zechcą, żeby ich pociechy uczestniczyły w tym przedsięwzięciu? Domyślamy się, że są w Holandii skuteczne środki nacisku na takich rodziców. Pewnie zostaliby oskarżeni o łamanie sumienia własnego potomstwa. Holandia znana jest przecież z tego, że zabrania się tam zabraniać, czyli po prostu zabrania się tam tylko czynić dobro. Biada w tym kraju np. tym, którzy zechcieliby pikietować kliniki aborcyjne. Biada pewnie też rodzicom, którzy chcieliby swoje dzieci powstrzymać od homoseksualnej deprawacji.
Dlaczego mniemamy, że nie będziemy musieli grzecznie akceptować tych samych rozwiązań? Już przecież musieliśmy z przykrością słuchać, jak nasz premier tłumaczył się poprzedniego roku przed unijnymi decydentami, że nawet ster państwa współtrzyma u nas jakiś homoseksualista, nieujawniony z niejasnych powodów. Podobną historię opowiadał ostatnio w Dublinie prezydent RP. Zatem kiedyś także dogonimy dzisiejszą Holandię. Pracują nad tym media.
Kiedy przysłuchuję się częstym dyskusjom o problemach współczesnych homoseksualistów, to mam wrażenie, że mówi się tam tylko jednym głosem, również w tzw. prawicowych programach. Jedni są za, a drudzy przeciw, ale łączy uczestników tych debat to, co najważniejsze, a dzielą tylko nieistotne drobiazgi. Wydaje mi się, że wspólne w tych debatach jest traktowanie homoseksualizmu jako jednego z możliwych apetytów. Tyle tylko, że według jednych ten apetyt jest niewygodny i nieatrakcyjny, a dla drugich jest to apetyt czasami tylko do końca niedookreślony. Jeśli zatem ktoś nie wie, co mu smakuje, to można go tylko wysłać – jeśli zechce – do jakiegoś zarejestrowanego psychologa, który mu w głowie rozjaśni, co mu naprawdę smakuje. Nieistotna dla tych debat jest reszta, czyli ocena moralna homoseksualizmu, ocena z punktu widzenia respektowania w tych działaniach człowieczeństwa zainteresowanych i to ocena porządnie uzasadniona. Co najwyżej zaprasza się jeszcze jakiegoś duszpasterza, dysponującego trafnym rozeznaniem, czego zakazuje się w Kościele katolickim. Dlaczego jednak zakazuje się, to już jest jakby nieistotne. Tworzy się zatem wrażenie, iż te zakazy są irracjonalne, a zatem stanowią formę zniewalania istoty rozumnej i wolnej. I tutaj wydaje mi się leży główne niebezpieczeństwo takiej niefrasobliwej działalności medialnej. Prezentuje się chrześcijaństwo jako religię gwałcącą rozumność i wolność człowieka. Pozostać w ramach tak naświetlonej religii mogą tylko ludzie prymitywni, posiadający mentalności stada.
Pokusy medialnych sofistów zostały już wcześniej zaproponowane przez klasyków filozofii i warto się tego zawczasu nauczyć. Jeśli zatem szukać takiego klasyka, który w sposób szczególny patronuje omawianym medialnym debatom o homoseksualizmie, to jest nim z pewnością Fryderyk Nietzsche. Jego zdaniem, chrześcijaństwo to tylko ukryte narzędzie zemsty narodu żydowskiego wobec gnębiących go silniejszych narodów. Niemogąc z racji własnej słabości zemścić się czynem, naród ten wynalazł iluzję przyszłej nagrody dla uciskanych, a karę piekielną dla swoich przeciwników. Aby ukryć swoją rękę, odcięto się na pozór od chrześcijaństwa. Zatem według tej historyjki, zakazy moralne, którymi utorowana jest droga do chrześcijańskiego nieba, to tylko narzędzia represji wobec istoty rozumnej i wolnej, narzędzia przygotowanego przez słabych, czyli tych, których nie stać na jakąś “pełnię życia”, realizację swoich pragnień. Omijanie w mediach oceny moralnej ludzkich działań, tworzenie wrażenia jej irracjonalności, opowiada dokładnie tę samą historię, którą znamy z dzieł Nietzschego.
Z racji naszych historycznych przystanków na bocznym torze dziejowych wydarzeń, mamy szansę lepiej się do nich przygotować.

Marek Czachorowski

Oto jest “czołówka”!

Jak wieść gminna niesie, redakcja “Rzeczpospolitej” ma ostatnio kłopoty z tematami na “czołówkę”. (Dla niewtajemniczonych powiem, że czołówka to główny temat na pierwszej stronie każdej gazety.) Pomysłowi redaktorzy wpadli więc na pomysł, aby informacje do tejże “czołówki” wymyślać sobie na poczekaniu w redakcji. No i mamy właśnie pierwsze efekty tej burzy mózgów. Oto sobotnia “Rzeczpospolita” z 24 lutego na pierwszej stronie, wielkimi literami obwieszcza czytelnikom: “Stolica Apostolska przeciw autolustracji abp. Wielgusa”. Poważna sprawa!
Czy jednak hierarcha spełni życzenie Watykanu i wyjedzie z Warszawy? – dociekają dziennikarki Ewa Czaczkowska i Elżbieta Południk. Tajnymi, sobie tylko znanymi kanałami dziennikarze “Rzepy” uzyskali sensacyjne informacje, że Ojciec Święty przesłał arcybiskupowi Wielgusowi jeszcze jeden list (opatrzony klauzulą tajne – specjalnego znaczenia?), w którym oznajmia swe życzenie aby hierarcha wycofał z sądu wniosek o autolustrację i wyjechał niezwłocznie ze stolicy (gdzie decyzją Ojca Świętego posługuje jako biskup senior). “Na ten właśnie temat dyskutowali biskupi podczas ostatniego spotkania Rady Stałej episkopatu. Nie jest wykluczone, że Rada wystosowała do niego (abp. Wielgusa) także list w tej sprawie” – pisze “Rzepa”.
Zatem jak tu się domyśleć, co jest prawdą, skoro nie jest wykluczone, że jest wykluczone, iż biskup nie ma prawa się bronić przed sadem. Nie jest zresztą wykluczone, że mógłby wygrać, ale też nie można wykluczyć, że ktoś mu to skutecznie próbuje uniemożliwić. Niewykluczone także, iż wcale nie jest to Stolica Apostolska. Już bowiem w poniedziałkowym numerze “Rzeczpospolitej” tytuł artykułu o arcybiskupie brzmi: “Czego naprawdę chce Watykan”. Czyli że jednak nie wiadomo, czego chce. Pytań zresztą w poniedziałek jest już znacznie więcej. Na przykład: “Czy ks. abp Józef Kowalczyk występował na spotkaniu Rady Stałej jako osoba prywatna, czy jako przedstawiciel Watykanu i w jego imieniu przekazywał życzenia wobec arcybiskupa Wielgusa? Dlaczego biskupi i nuncjusz nie chcą autolustracji ks. abp. Wielgusa?” itd., itp.
Co o tym wszystkim myśleć, dalibóg nie mam pojęcia. “Rzeczpospolita” zamazała mi obraz tak skutecznie, że niewykluczone, iż będzie potrzebna kuracja wykluczająca ostatecznie z codziennej lektury gazetę o nazwie “Rzeczpospolita”.

Polska moja Ojczyzna i Świat

WJC niewiarygodnym reprezentantem Żydów

Domagający się od Polski odszkodowań Światowy Kongres Żydów (ang. WJC) jest uwikłany w nieprawidłowości finansowe – wynika z dokonanej ostatnio analizy wykonanej na zlecenie żydowskiej organizacji ze Szwajcarii. Od ponad 2 lat domaga się ona wyjaśnienia dziwnych operacji dokonywanych przez przywódców WJC. Ostatnie ekspertyzy niezależnych instytucji wskazują, że pretensje szwajcarskich Żydów są uzasadnione. Wśród podejrzanych o przekręty finansowe wymieniany jest uczestnik delegacji WJC Israel Singer. To kolejny przykład na to, że organizacja ta nie może być wiarygodnym reprezentantem Żydów poszkodowanych w wyniku II wojny światowej.

Od dwóch lat Szwajcarska Federacja Wspólnot Żydowskich (FSCI) dopomina się od Światowego Kongresu Żydów zwrotu pieniędzy nielegalnie przetransferowanych przez jego władze ze Szwajcarii do USA. W 2004 r. po arbitralnym zamknięciu przez Kongres swojego biura w Genewie dokonał on – bez żadnych wyjaśnień i okazania dokumentów uprawniających go do tego – transferu 1,2 mln USD. Zostały one najpierw przeniesione na konto adwokata w Izraelu, który przesłał je do Londynu, skąd trafiły do Nowego Jorku.
- Chcieliśmy się dowiedzieć, o co tu chodzi. Dlatego postanowiliśmy zbadać tę sprawę. Specjalny raport na temat gospodarowania pieniędzmi wydał prokurator Nowego Jorku. Wynika z niego, że księgowość Światowego Kongresu Żydów była katastrofalna, ręcznie prowadzona – powiedział w rozmowie z “Naszym Dziennikiem” prof. Alfred Donath, przewodniczący FSCI. Szwajcarska Federacja Wspólnot Żydowskich postanowiła zareagować, zamawiając ekspertyzę w firmie audytorsko-doradczej PriceWaterhouse- Coopers. Wywołało to oburzenie Światowego Kongresu Żydów, który stwierdził, że decyzja FSCI jest niczym innym jak przejawem wrogości w stosunku do niego i ma na celu wykazanie za wszelką cenę, że nie ma on racji. Kilka dni temu ogłoszono w Genewie rezultaty dochodzenia. Sporządzony raport stwierdza, iż analiza kont finansowych i księgowych Światowego Kongresu Żydów w okresie od 1995 do 2004 r. wykazała “szereg sytuacji bardzo niepokojących”. Mimo że PriceWaterhouseCoopers nie udało się porozmawiać ze wszystkimi osobami, z którymi chciał się skontaktować, to zebrane przez niego dowody potwierdzają słuszność zarzutów szwajcarskiej organizacji oskarżającej Światowy Kongres Żydów w Nowym Jorku o bezprawne przelewy finansowe.
Analitycy wskazali ponadto w raporcie inne nieudokumentowane fundusze – 3,8 mln USD znajdujących się na koncie WJC w Nowym Jorku. W tej sytuacji FSCI domaga się od władz Kongresu usunięcia ze stanowisk kierowniczych tego gremium skompromitowanych ludzi odpowiedzialnych za finansowe nieprawidłowości.
O aferze pisała wcześniej także amerykańska prasa, twierdząc, że głównym oskarżonym jest uczestniczący w delegacji, która dziś ma rozmawiać z przedstawicielami władz w Warszawie, Israel Singer, określany w USA jako “magnat nieruchomości”. Z powodu sporu ze szwajcarską organizacją Europejski Kongres Żydów chciał usunięcia ze stanowiska prezesa Szwajcarskiej Federacji Wspólnot Żydowskich Alfreda Donatha, który domagał się wyjaśnienia nadużyć w WJC.
Roszczeniowe działania tej organizacji od lat krytykują także inni żydowscy intelektualiści. Profesor Norman Finkelstein w swojej książce “Przedsiębiorstwo Holocaust” podkreśla, że działania WJC to hucpa obliczona na wyciskanie funduszy, które zagarniają szefowie tej organizacji. “Z chwilą, gdy ‘banda Bronfmana’ [znany żydowski działacz ruchu roszczeniowego i członek władz WJC - dop. red.] ruszy do ataku, Polacy powinni zebrać grupę kilkudziesięciu życzliwych Polsce Żydów, ofiar holokaustu, którzy podpiszą się pod całostronicowym ogłoszeniem w “New York Times”, iż rezygnują z jakichkolwiek roszczeń majątkowych wobec Polski. Takich ludzi nie brakuje, sam pomogę w ich znalezieniu, sam się pod tym ogłoszeniem podpiszę” – napisał w swej książce prof. Finkelstein. “Takich ludzi trzeba zmobilizować do walki z łotrami spod znaku WJC. Pokazanie światu, że roszczenia WJC są bezzasadne, że nawet ofiary się ich zrzekają, że Światowy Kongres Żydów jest uzurpatorem, że działa bez upoważnienia ze strony ofiar – to ich obezwładni” – podkreśla żydowski intelektualista. Dodaje również znaczące, zwłaszcza dla Polaków, słowa: “Chciałbym, aby Polacy wiedzieli, że porządni, prawdziwi Żydzi nie chcą Polski rujnować, nie chcą mieć także nic wspólnego z grupą szantażystów i awanturników”.

Roszczenia zagraniczne zostały spłacone

Już w okresie PRL roszczenia odszkodowawcze obywateli obcych wobec Polski wynikające z przejęcia majątków przez komunistyczne władze zostały zaspokojone. Odszkodowania dotyczyły wszystkich obywateli obcych, także tych pochodzenia żydowskiego. Polskie władze powinny głośno przypominać, że nie może być mowy o “roszczeniach żydowskich” wobec Polski. Można mówić jedynie o roszczeniach obywateli polskich, bez względu na narodowość.

Polska zaspokoiła roszczenia obywateli państw obcych z tytułu nacjonalizacji i innych form przejęcia na rzecz państwa majątków w Polsce – wynika z informacji przekazanych “Naszemu Dziennikowi” z MSZ. O uregulowanie sprawy przejętych majątków zadbały władze PRL. Od 1946 r. do początku lat 70. ubiegłego wieku kolejne polskie rządy podpisały umowy z państwami kapitalistycznymi, których obywatele mieli roszczenia majątkowe pod naszym adresem. Takich umów zawarto po wojnie dwanaście z czternastoma państwami, w tym ze Stanami Zjednoczonymi i Kanadą (wspólną umowę miały Belgia i Luksemburg oraz Szwajcaria i Lichtenstein).
- Za PRL informacja o tych umowach była utrzymywana w tajemnicy, ponieważ z punktu widzenia władz komunistycznych fakt zapłaty za nacjonalizację był “niepoprawny ideologicznie” – twierdzi nasze źródło w MSZ.
Na mocy tych umów Polska wypłaciła rządom państw zachodnich odszkodowania przeznaczone na zaspokojenie roszczeń ich obywateli z tytułu majątków przejętych przez komunistyczne władze w Polsce. Odszkodowania dotyczyły wszystkich obywateli, bez względu na narodowość, a więc zaspokajały także tzw. roszczenia żydowskie. Na tym tle roszczenia oparte na narodowości, wysuwane przez Światowy Kongres Żydów, a wyceniane przezeń na 65 mld USD, są pozbawione podstaw.
W projekcie ustawy o rekompensatach za przejęte mienie, nad którą pracuje Sejm, znajduje się zastrzeżenie, że w reprywatyzacji nie mogą uczestniczyć osoby, które uzyskały prawo do odszkodowania na mocy umów międzynarodowych. Jest to ważne, ponieważ rekompensaty mają być przyznawane bez względu na obywatelstwo. Nie jest natomiast jasne, czy o rekompensaty będą mogli występować obywatele obcy, którzy odmówili przyjęcia dość skromnych odszkodowań wypłacanych na mocy wyżej wspomnianych umów międzynarodowych. Sprawa ta wymaga precyzyjnego sformułowania.

Z Ameryką kwita
O wypłatę odszkodowań obywatelom amerykańskim rząd PRL zadbał w 1960 roku. Układ między rządem PRL a rządem Stanów Zjednoczonych w sprawie zaspokojenia roszczeń został zawarty 16 lipca, a 29 listopada podpisano dodatkowy protokół. Na mocy tych umów Polska wypłaciła rządowi Stanów Zjednoczonych sumę 40 mln USD “na całkowite uregulowanie i zaspokojenie wszystkich roszczeń obywateli Stanów Zjednoczonych, zarówno osób fizycznych, jak i prawnych, do Rządu Polskiego z tytułu nacjonalizacji i innego rodzaju przejęcia przez Polskę mienia oraz praw i interesów związanych lub odnoszących się do mienia�”. Układ obejmował wszelkie roszczenia powstałe do dnia jego wejścia w życie (co nastąpiło z dniem podpisania).
Spłata owych 40 mln USD nastąpiła w ratach w ciągu 1961 roku. Nadzór nad wykonaniem umowy sprawował pełnomocnik ustanowiony w ambasadzie amerykańskiej w Warszawie. Polskie Ministerstwo Finansów oprócz przekazania rządowi amerykańskiemu kwoty odszkodowań dostarczało również wszelkich informacji na temat przejętego mienia, pomocnych przy rozdziale odszkodowań pomiędzy poszkodowanych (np. danych o przedwojennych cenach gruntów rolnych i leśnych, placów miejskich, budynków mieszkalnych, przedsiębiorstw i zakładów rzemieślniczych). Strona amerykańska miała obowiązek przed wypłatą odszkodowań ustalić tytuły prawne oraz wartość roszczenia. Ministerstwo Finansów dostarczało przy tym informacji, w jakim stanie znajdowała się dana nieruchomość po zakończeniu działań wojennych. Chodziło o to, aby Polska nie odpowiadała materialnie za zniszczenia wojenne. Przy ustalaniu wysokości odszkodowań uwzględniano zadłużenie przedsiębiorstw i innych nieruchomości. Strona amerykańska zobowiązała się – w przypadku uznania danego roszczenia za wiarygodne – dostarczyć stronie polskiej oryginalne dokumenty, z których ono wynika, oraz oświadczenie podpisane przez uprawnionego o uzyskaniu zaspokojenia.
- Cała ta dokumentacja powinna się znajdować w resorcie finansów – twierdzi pracownik MSZ. Próbę odnalezienia tych dokumentów podjęto na początku prac nad ustawą o rekompensatach. Nie wiadomo, czy z sukcesem.
Rząd Stanów Zjednoczonych zobowiązał się na mocy układu, że nie będzie popierał roszczeń obywateli Stanów Zjednoczonych wobec Polski, a gdyby takie roszczenia zostały wysunięte – mają być odesłane władzom amerykańskim.


Nie można milczeć, trzeba informować
prof. Jerzy Robert Nowak:

Bardzo niedobrym zjawiskiem jest milczenie ze strony kręgów oficjalnych w sprawach odszkodowań za mienie żydowskie. Trzeba informować, bo pewne aspekty sprawy nie są znane opinii publicznej. Przypomniałem w wywiadzie dla “Naszego Dziennika”, że w pierwszych latach powojennych miał miejsce szybki zwrot mienia na rzecz Żydów, którzy często spieniężali je i wyjeżdżali z Polski. Równie mało jest dzisiaj znana sprawa owych kilkunastu umów zawartych przez rząd PRL z USA, Kanadą, Francją i innymi państwami kapitalistycznymi w sprawie odszkodowań za mienie obywateli tych państw przejęte przez władze polskie. Znaczna część tych obywateli była narodowości żydowskiej. W ramach umów odszkodowawczych Polska wypłaciła kwoty odszkodowań. Dziwię się, że władze polskie o tych umowach nie przypominają, skoro w latach 60. były one powszechnie uważane za ostateczną regulację wszystkich roszczeń materialnych wobec Polski.