Patrząc na Krzyż Chrystusowy

W sali posiedzeń Sejmu

W Sejmie 20 października 1997 roku zawieszono Krzyż Chrystusa. Szczególny Krzyż. Wykonany z drzewa – z Ołtarza Ojczyzny na Jasnej Górze, w kaplicy Cudownego Obrazu, Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej…
Ten Krzyż Chrystusa – przed zawieszeniem go w Sejmie, był adorowany całą noc przy grobie Kapłana-Męczennika ks. Jerzego Popiełuszki w Warszawie na Żoliborzu… Spoczywał na płycie grobu, a całą noc ludzie “Solidarności” pełnili modlitewną wartę…

Pod tym Krzyżem Chrystusa w czasie nadzwyczajnego posiedzenia naszego Zgromadzenia Narodowego przemawiał największy z rodu Polaków – Jan Paweł II…
Powoli zbliża się moment rozstrzygających głosowań nad konstytucyjnym doprecyzowaniem, wzmocnieniem fundamentalnego prawa człowieka: prawa do życia od poczęcia do naturalnej śmierci…
Na Krzyżu – wizerunek Chrystusa – Dawcy Życia i Zwycięzcy Śmierci – Chrystusa, który powiedział: “Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40), a Jego Namiestnik Jan Paweł II nauczał: “Człowiekiem jest również nienarodzone dziecko, co więcej, Chrystus w sposób szczególny utożsamia się z najmniejszymi”
(por. Mt 25, 40)…
Drzewo Krzyża z Jasnej Góry, z tego świętego miejsca Polaków, w którym przed Cudownym Obrazem Matki Bożej 26 sierpnia 1956 roku przyrzekaliśmy:
“Święta Boża Rodzicielko i Matko Dobrej Rady! Przyrzekamy Ci z oczyma utkwionymi w Żłóbek Betlejemski, że odtąd wszyscy staniemy na straży budzącego się życia.
Walczyć będziemy w obronie każdego dziecięcia i każdej kołyski, równie mężnie jak ojcowie nasi walczyli o byt i wolność Narodu, płacąc krwią własną.
Gotowi jesteśmy raczej śmierć ponieść, aniżeli śmierć zadać bezbronnym.
Dar życia uważać będziemy za największą łaskę Ojca Wszelkiego Życia i za najcenniejszy skarb Narodu”.
Krzyż, który przed zawieszeniem w głównej sali posiedzeń polskiego parlamentu był adorowany przy grobie ks. Jerzego Popiełuszki – odważnego obrońcy życia człowieka od poczęcia po naturalny kres. Dnia 2 listopada 1984 roku nad otwartą jeszcze mogiłą Kapłana-Męczennika, przy jego trumnie w dniu pogrzebu prawie milionowa rzesza Polaków przyrzekła bronić życia człowieka…
Wierzących, katolickich parlamentarzystów pokornie proszę w imię:
- miłości do Chrystusa Ukrzyżowanego,
- miłości do Matki Bożej Częstochowskiej,
- miłości do osoby i nauczania Jana Pawła II,
- na pamięć Kapłana-Męczennika – ks. Jerzego,
opowiedzcie się jasno i zdecydowanie za bezwarunkową, precyzyjną ochroną prawa do życia każdego człowieka od poczęcia po naturalny kres.

Zmiana w TVP

Zmiana z punktu widzenia programu telewizyjnego chyba nieistotna, ale za to bardzo głośna i szeroko omawiana we wszystkich mediach. Następcą Bronisława Wildsteina na fotelu prezesa TVP został bowiem tymczasowo Andrzej Urbański – doradca i zaufany prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tymczasowo jak tymczasowo, Wildstein też właściwie był prezesem tymczasowym, a przynajmniej wbrew swej woli takim został. Czy Urbański wiele zmieni w TVP? Trudno z góry przesądzać. Oby tylko nie dokonywał zmian w duchu swego poprzednika, który w wywiadzie dla portalu Wirtualna Polska na pytanie, co zrobi z programem “Twierdza szyfrów” i jego autorem Bogusławem Wołoszańskim, który znalazł się w raporcie Macierewicza, odpowiada: “W ‘Twierdzy szyfrów’ pan Wołoszański nie jest ani reżyserem, ani nie występuje. Jest scenarzystą, można powiedzieć złośliwie, że ma nawet większe kompetencje, niż sądziliśmy, żeby być scenarzystą filmu o agentach, szpiegach i tak dalej… Sam pan Wołoszański nie powinien występować w telewizji publicznej, jak i w żadnej innej, bo nie jest człowiekiem wiarygodnym”.
Z tych słów właściwie można by wysnuć wniosek, że Wołoszański nie może występować na wizji, bo jest niewiarygodny, może za to pisać scenariusze telewizyjne, bo jako agent jest tu kompetentny. Czyli nie wolno zanadto drażnić publiki kompetencjami. Lepiej to ukryć, bo publika nie lubi kompetentnych. No cóż zrobić. Publika nigdy nie nadąża za prawdą czasu i ekranu. Jest to przestroga poprzednika dla następcy bardzo wyraźna. W każdym razie życzę panu Urbańskiemu długiej i owocnej tymczasowości.

Dziennikarska lodówka

W Polsce nie brakuje medialnych autorytetów. Redakcje opiniotwórczych gazet i stacji telewizyjnych pełne są profesjonalistów bez trudu odróżniających informacje, które mają szansę stać się “medialną bombą”, od tych średnio i mniej istotnych, niewartych większego zainteresowania.

Gdy opiniotwórcza redakcja natrafi na odpowiednio nośny temat, potrafi zajmować się nim miesiącami. Niestrudzeni dziennikarze pracują wtedy 24 godziny na dobę, a redakcja zaprasza do dyskusji ekspertów z odpowiednio dobranej dziedziny
- socjologów, ekonomistów, psychologów… Robi błyskawiczne sondy uliczne, których wyniki są następnie długo i wnikliwie komentowane.
To właśnie dzięki takiemu uporowi i trudowi mediów czytelnicy i widzowie mogli zorientować się, że najważniejszym wydarzeniem ostatnich lat w Polsce były poszukiwania ojca dla dzieci jednej z działaczek Samoobrony. Temat ten zdobył w środkach masowego przekazu wyższą rangę niż znana od kilku lat lodówka komendanta policji!
Niestety, sensacje tego typu nie zdarzają się zbyt często. Polującym na nie mediom zdarza się przy tym nie zauważać mniej efekciarskich, choć równie interesujących informacji.
Dla przykładu: w najbardziej opiniotwórczych stacjach telewizyjnych i gazetach prawie niezauważalny jest temat roszczeń zgłaszanych wobec Polski przez organizacje żydowskie.
Działacze tych organizacji żądają od nas 65 miliardów dolarów odszkodowania za mienie pozostawione w Polsce przez ich rodaków. Tymczasem komentatorzy najpopularniejszych polskich mediów nie wykazują w tej sprawie choćby drobnej części zainteresowania, jakie demonstrowali w związku z lodówkami czy partyjnymi działaczkami.
65 miliardów dolarów… Czy ranga tego tematu nie dorównuje dziennikarskim “lodówkom”?

Rospuda w Europie

“Polska jest stale oskarżana w innych państwach. Jest w tym wyraźna i niedwuznaczna chęć posiadania w środku Europy państwa, którego kosztem można byłoby załatwić wszystkie porachunki europejskie. Podziwu godne jest stałe zjawisko, że te projekty międzynarodowe znajdują chętne ucho, no i języki nie gdzie indziej, jak w Polsce”. Ta wypowiedź Marszałka Piłsudskiego sprzed 80 lat jest, niestety, nadal aktualna, a przypomniała mi się w związku z tak zwanym sporem o Rospudę.

Sam spór jest niewspółmiernie nagłośniony w stosunku do przedmiotu sporu, samej jego istoty. Mała, ale hałaśliwa w mediach grupka ludzi wykreowała konflikt w Polsce, a następnie złożyła donos na rząd Polski do Brukseli. A tam natychmiast i bardzo chętnie Polsce pogrożono.
Skierujemy sprawę przeciw Polsce do unijnego sądu – zapowiedział komisarz ds. ochrony środowiska Stavros Dimas. Nic nie wskórał minister Jan Szyszko, który poleciał do Brukseli składać wyjaśnienia w sprawie doliny Rospudy.
- Minister twierdzi, że Polska nie łamie prawa. My twierdzimy, że inwestycja w dolinie Rospudy jest niezgodna z unijnymi dyrektywami – oświadczył komisarz. Już 15 grudnia zeszłego roku Komisja Europejska wszczęła przeciw Polsce procedurę o łamanie unijnego prawa i od tego czasu – zdaniem Dimasa – Polska powinna próbować przekonywać Komisję do swoich racji, a nie forsować kontrowersyjny projekt.
Komisja przyspieszyła swoje procedury karne: ogłosi drugi etap procedury o naruszenie prawa, przesyłając do Warszawy tzw. uzasadnioną opinię. Polska dostanie tydzień na wyjaśnienia i przerwanie prac. Potem Bruksela skieruje sprawę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który może wstrzymać inwestycję.
Rosyjsko-niemiecki gazociąg budowany na dnie Bałtyku stanowi ogromne zagrożenie dla fauny, flory i wybrzeży nie tylko Polski, ale wszystkich krajów nadbałtyckich. Przy najmniejszej awarii może dojść do gigantycznej katastrofy ekologicznej w skali naprawdę europejskiej. Tego nie dostrzegają ekolodzy ani polscy, ani europejscy, ani komisarz UE – Dimas. Obrońcy Rospudy nie pójdą demonstrować pod ambasady Rosji i Niemiec w Warszawie czy w Brukseli, bo przecież nie o przyrodę im naprawdę chodzi.
Komisja Europejska grozi Polsce za rzekome niszczenie natury, a nie dostrzega, jak Grecy zanieczyszczają Morze Egejskie, a smog w Atenach niszczy kamienne budowle Akropolu. Komisja nie dostrzega, jak w parkach narodowych i najpiękniejszych ich fragmentach w Alpach Francuzi budują estakady, autostrady, rozwalają tunelami Mont Blanc i całe pasma górskie. To samo czynią po południowej stronie Alp Włosi. Hiszpanie zabudowali setki kilometrów unikalnych ekologicznie plaż śródziemnomorskich blokowiskami hoteli. Niemcy, Belgowie, Holendrzy zabetonowali dosłownie wszystkie rzeki europejskie. Oni nie są zauważani ani nie grożą im kary setki milionów euro. A Polsce grożą – za Rospudę, którą wypatrzono gdzieś na kresach Polski i Europy. O co tu chodzi, bo z pewnością nie o przyrodę ojczystą. A czy zwrócili państwo uwagę, że w całym tym tak nagłośnionym sporze nikt nie użył ani razu tego dawnego i niemodnego dzisiaj określenia “przyroda ojczysta”.
W Unii Europejskiej są politycy, którzy przymierzają inną miarę do swoich krajów, a inną do Polski. Oni dobrze wiedzą, że Rospuda to bagno, a nie ekologiczne torfowisko, że nie jest to ani Park Narodowy, ani rezerwat, ani park krajobrazowy, ani w ogóle chroniony prawnie obszar przyrodniczy. Oni nie chcą wcale zmian w Polsce. Najlepiej, aby po ulicach nie tylko jeździły konie, ale chodziły niedźwiedzie, najlepiej rosyjskie.
Upolitycznienie to najgorsze, co mogło przydarzyć się w sprawie Rospudy. To najgorsze, co może spotkać mieszkańców Augustowa. To najgorszy efekt, jaki mogliby osiągnąć ekolodzy. Ale tak się dzieje. Zadziwia łatwość, z jaką do skomplikowanego dylematu próbuje przyłożyć się prostą sztancę bitwy między władzą PiS a opozycją. “Może Kaczyńscy wreszcie kogoś się przestraszą, może Bruksela ich pokona” – cieszył się jeden z demonstrujących w obronie Rospudy. Swoją drogą, ciekawe, czy powtórzyłby te słowa, gdyby prezydentem był Aleksander Kwaśniewski albo Donald Tusk.
Cokolwiek by zrobił PiS – niedobrze. Wybuduje – zostanie barbarzyńcą. Zastopuje – nie będzie autostrad. Ogłosi referendum – złamie prawo. Słowem, skazany jest na katastrofę. Ktoś to dobrze wymyślił – nie w Brukseli, ale w Polsce.
A swoją drogą, ciekawe, co by było, gdyby mieszkańcy Augustowa jako obywatele Unii Europejskiej zaskarżyli do sądu decyzję komisarza tejże UE jako decyzję administracyjną. Do sądu rejonowego w Augustowie oczywiście.

Niezbywalne prawo do życia zapisane jest także w Konstytucji

W dyskusji o obronie życia prezentujemy proklamację prezydenta Stanów Zjednoczonych Ronalda Reagana ogłaszającą 17 stycznia 1988 roku Narodowym Dniem Świętości Życia Ludzkiego

Ameryka obdarowała świat ogromnym darem, darem, który uporządkował nagromadzoną mądrość płynącą z wieków eksperymentów z samorządnością, darem, który w sposób nieodwracalny zmienił przyszłość ludzkości. Dar nasz ma znaczenie podwójne: z jednej strony jako deklaracja, że zasadniczą zasadą wszelkiego sprawiedliwego prawa są nadane przez Boga niezbywalne prawa, jakie posiada każda istota ludzka, oraz z drugiej strony jako przykład determinacji, aby zabezpieczyć te prawa i bronić ich przez generacje na przekór wszelkim wyzwaniom. Nasza deklaracja oraz obrona naszych praw uczyniły nas takimi, jakimi jesteśmy, zapewniły trwałość naszej wolności, a równocześnie wzbudziły falę nadziei i stały się źródłem inspiracji na całym naszym globie. Jednym z tych niezbywalnych praw, jak to krasomówczo zapewnia Deklaracja Niepodległości, jest prawo do życia. Jednakowoż przez 15 lat od decyzji Sądu Najwyższego w sprawie Roe przeciwko Wade dzieciom nienarodzonym Ameryki odmawia się ich prawa do życia. Wśród tragicznych i niewysłowionych skutków tego faktu poprzez minione półtorej dekady wymienić trzeba: utratę życia 22 milionów niemowląt przed narodzeniem, nacisk, jakiemu podlegają niezliczone zastępy udręczonych kobiet doprowadzonych w ten sposób do przerwania ciąży, i wreszcie osłabienie naszego szacunku dla osoby ludzkiej i świętości ludzkiego życia.

Mówi się nam, że mamy się nie mieszać do aborcji. Mówi się nam, że nie możemy “narzucać naszej moralności” zarówno tym, którzy chcą uczestniczyć w odbieraniu życia niemowlętom przed narodzeniem, jak i tym, którzy chcą na to pozwolić. Jakoś jednak nikt nie nazywa “narzucaniem moralności” zabraniania odbierania życia ludziom po narodzeniu. Mówi się nam także, że istnieje “prawo” przerywania życia nienarodzonych dzieci, ale jakoś nikt nie potrafi wyjaśnić, jak takie prawo może istnieć w jawnej sprzeczności z fundamentalnym prawem do życia przysługującym każdej osobie. To prawo do życia przysługuje na równi dzieciom w łonach matek, dzieciom kalekim od urodzenia, jak i starcom czy niedołężnym. Nie usunie tego prawa ani fakt, że zabijamy nienarodzone dzieci przez piętnaście lat, ani jakakolwiek liczba zabójstw, jakie mogą być popełnione w przyszłości. Niezbywalne prawo do życia zapisane jest nie tylko w Deklaracji Niepodległości, ale także w Konstytucji, którą każdy prezydent jest zobowiązany pod przysięgą zachowywać, ochraniać i bronić. Zarówno piąta, jak i czternasta poprawka do Konstytucji zapewniają, że żadna osoba nie będzie pozbawiona życia bez odpowiedniego procesu sądowego.
Wszelkie dowody medyczne i naukowe coraz bardziej potwierdzają, że dziecko przed narodzeniem posiada podstawowe atrybuty osoby ludzkiej, że jest ono faktycznie osobą. Współczesna medycyna traktuje dzieci nienarodzone jako pacjentów. Jednakże, jak zauważył sam Sąd Najwyższy, orzeczenie w sprawie Roe przeciwko Wade opierało się na wcześniejszym stanie techniki medycznej. Prawo tego kraju w 1988 roku powinno uznać całokształt wiedzy medycznej.
Nasz Naród nie może dłużej kroczyć drogą przerywania ciąży, tak radykalnie sprzeczną z naszą historią, naszym dziedzictwem i naszą koncepcją sprawiedliwości. Ta święta spuścizna, jak też dobro i przyszłość naszego kraju domagają się, aby ochrona niewinnych dzieci oraz uznanie ich za osoby ludzkie zostały zadeklarowane i były zapewnione w całym naszym kraju.
W trakcie postępowania legislacyjnego zapoczątkowanego na moją prośbę w trakcie pierwszej sesji setnego Kongresu poprosiłem wydział ustawodawczy, aby zadeklarował “fakt, że nienarodzone dzieci są osobami ludzkimi oraz że obrona życia każdej osoby przed narodzeniem leży w naglącym interesie poszczególnych stanów”. Ten obowiązek złożenia deklaracji w tak fundamentalnej kwestii spada także na najwyższego przedstawiciela władzy wykonawczej. Czynię to więc poprzez niniejszą Proklamację.
Teraz przeto ja, Ronald Reagan, Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, na podstawie autorytetu przypadającego mi z mocy Konstytucji oraz prawa Stanów Zjednoczonych niniejszym proklamuję i deklaruję niezbywalne człowieczeństwo każdego Amerykanina od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci oraz także proklamuję, decyduję i deklaruję, że zadbam o to, aby Konstytucja oraz prawa Stanów Zjednoczonych były wiernie egzekwowane dla ochrony amerykańskich nienarodzonych dzieci. Dla tego aktu, który jak szczerze wierzę, jest aktem sprawiedliwości gwarantowanej przez Konstytucję, wołam o rozważny osąd ludzkości i o miłosierną łaskę Wszechmocnego Boga. Ogłaszam także niedzielę, 17 stycznia 1988 roku, Narodowym Dniem Świętości Życia Ludzkiego. Wzywam obywateli tego błogosławionego kraju, aby zbierali się tego dnia w domach i miejscach kultu, aby złożyć dziękczynienie za dar życia, którym się cieszą, i aby ponownie potwierdzić ich przywiązanie do godności każdej istoty ludzkiej i świętości każdego życia ludzkiego.
Na świadectwo tego wszystkiego sporządziłem własnoręcznie niniejszy akt czternastego dnia stycznia roku Pańskiego tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego ósmego i roku dwieście dwunastego Niepodległości Stanów Zjednoczonych.

Wejchert i Walter zrezygnowali

Założyciele koncernu ITI złożyli rezygnację z zasiadania w radzie nadzorczej telewizji TVN SA, której holding jest właścicielem. W oficjalnym komunikacie stwierdzono, że ten krok jest związany z procesami, jakie Jan Wejchert i Mariusz Walter zamierzają wytoczyć w obronie swoich dóbr osobistych. To ich reakcja na Raport komisji likwidacyjnej WSI, że służby wojskowe pomagały im w budowaniu telewizji. Grożą procesem m.in. ministrowi Antoniemu Macierewiczowi.

W dość enigmatycznym komunikacie koncern medialny ITI stawia zaskakującą tezę, że jest poddawany “nieustającym atakom politycznym”, które mają zmierzać do jego dyskredytacji. W związku z tym grupa ma skierować szereg pozwów do sądu o ochronę dóbr osobistych. Władze spółki, samozwańczo przypisując TVN i TVN 24 rolę “najbardziej wiarygodnych mediów”, uznały, że spółka jest obiektem bliżej nieokreślonych ataków politycznych godzących w jej niezależność i wiarygodność.

Komunikat ITI zawiera też sformułowania zapowiadające pozwy “wobec każdej osoby lub instytucji, która rozpowszechnia lub będzie rozpowszechniać fałszywe oskarżenia lub informacje o Grupie ITI, jej założycielach, jej spółkach, prowadzonej działalności biznesowej lub jej pracownikach”.
Pierwszy pozew, jak zapewnia grupa, już wczoraj wpłynął do sądu. Kolejne będą skierowane w “najbliższych możliwych terminach”. Co to za spółka i o co dokładnie chodzi, komunikat nie wyjaśnia, ale można się domyślać, że chodzi o TVN. Z prywatnymi pozwami mają także wystąpić założyciele koncernu: Jan Wejchert i Mariusz Walter. Na okres działań prawnych zrezygnowali oni z członkostwa w radzie nadzorczej TVN i taki jest oficjalny powód ich rezygnacji. Czy jednak nie wpłynęło na ich decyzję stanowisko zagranicznych udziałowców ITI, którzy mogą być niezadowoleni z zamieszania wokół koncernu?
Jedynym szczegółem w komunikacie jest wymienienie nazwiska szefa kontrwywiadu wojskowego Antoniego Macierewicza, przeciwko któremu ma być skierowany do końca tygodnia jeden z pozwów. Jest on związany z treścią wywiadu udzielonego przez ministra piątkowej “Rzeczpospolitej”.
Macierewicz opisał w nim ustalenia odnośnie do roli, jaką WSI odegrały przy powstawaniu koncernu ITI, stwierdzając, że ITI powstała przy pomocy Zarządu II wojskowych służb. “Raport ujawnia nowe fakty i zeznania, które opisują mechanizm powstawania koncernu medialnego ITI, pokazują, jak był w to zaangażowany Zarząd II Sztabu Generalnego, czyli wywiad komunistyczny”
- stwierdza szef kontrwywiadu wojskowego. “Proszę przeczytać aneksy do raportu. Tam są informacje i na temat ITI, i na temat przedsiębiorstwa Batax pana Wiktora Kubiaka. To były firmy i osoby współpracujące z wywiadem wojskowym. W sprawie ITI jest także relacja pana Klemby złożona publicznie w 2001 roku w wywiadzie telewizyjnym. Nikt na to nie chciał zwrócić uwagi, ale pan Klemba powiedział wtedy jasno, że ITI i pan Walter byli finansowani z FOZZ i byli związani z Zarządem II” – przypomniał minister. Zapytany o komentarz do zapowiedzi procesów Antoni Macierewicz powiedział nam, że czeka na kroki prawne zapowiadane w komunikacie. Dodał, że wczorajsze dymisje są komentarzem do Raportu WSI.

Czy opóźni się przyjęcie ustawy umożliwiającej restytucję mienia żydowskiego?

Niedawna dymisja Ryszarda Schnepfa, sekretarza stanu w kancelarii premiera Marcinkiewicza, może znacząco opóźnić przeprowadzenie w Polsce ustawy reprywatyzacyjnej, na której przyjęcie czeka wielu ocalonych z Holokaustu – pisze agencja JTA [żydowska agencja - Jewish Telegraphic Agency].

Jak podaje JTA, Schnepf, którego ojciec był przewodniczącym gminy żydowskiej w okresie komunistycznym, był zaangażowany w negocjacje dotyczące szczegółów regulacji prawnej, która umożliwiłaby Żydom uzyskanie rekompensaty za mienie skonfiskowane przez hitlerowców i władze komunistyczne.

Tymczasem przewidziane na początek tygodnia spotkanie Kazimierza Marcinkiewicza z przedstawicielami Jewish Claims Conference (JCC), które miało być poświęcone tejże ustawie, zostało odwołane.

- Jesteśmy świadomi, że odejście sekretarza stanu Schnepfa opóźni te procedury. – powiedział agencji JTA Gideon Taylor, dyrektor wykonawczy JCC. – Staramy się nakłonić rząd polski do udoskonalenia i szybkiego wprowadzenia tej regulacji prawnej. (JTA)

Źródło: http://www.forum-znak.org.pl/index.php?&t=wydarzenia&id=4176

Wizyta czysto kurtuazyjna?

Rekompensaty pod lupą Claims Conference
Wizyta czysto kurtuazyjna?

Premier Jarosław Kaczyński i marszałek Sejmu Marek Jurek przyjmą dzisiaj przedstawicieli Żydowskiego Komitetu Roszczeń ds. Majątkowych (Claims Conference). Podczas wczorajszych rozmów w ambasadzie amerykańskiej przywódcy żydowskich organizacji roszczeniowych rozmawiali z przedstawicielami resortu skarbu na temat swoich postulatów odnośnie do ustawy o rekompensatach, nad którą pracuje Sejm.

Przedstawiciele Żydowskiego Komitetu Roszczeń ds. Majątkowych (Claims Conference), którzy przyjechali do Warszawy na doroczne spotkanie, rozmawiali wczoraj wieczorem w ambasadzie amerykańskiej z przedstawicielami Ministerstwa Skarbu Państwa na temat przygotowywanej przez Sejm ustawy o rekompensatach za mienie przejęte po wojnie przez władze komunistyczne. Ze strony polskiej rozmowy prowadzili Mariusz Skowroński, dyrektor departamentu ewidencji, reprywatyzacji, rekompensat i udostępniania akcji MSP, oraz jego zastępca – Andrzej Relidzyński. Dzisiaj z samego rana przedstawiciele CC omówią ten temat z marszałkiem Sejmu Markiem Jurkiem. Potem delegację przyjmie premier Jarosław Kaczyński.
Wizyta u premiera ma charakter kurtuazyjny, ale nieoficjalnie wiadomo, że podniesiony zostanie także temat roszczeń majątkowych. – Nie jest to oficjalna wizyta na zaproszenie rządu – podkreślił Maciej Kozłowski, pełnomocnik MSZ ds. stosunków polsko-żydowskich. Wyjaśnił, że Komitet Wykonawczy Claims Conference jest zainteresowany przebiegiem prac nad ustawą o rekompensatach, ponieważ część osób nią objętych jest narodowości żydowskiej. Wizytę zapowiedział już w grudniu ubiegłego roku goszczący wówczas w Warszawie przewodniczący Europejskiego Komitetu Żydów, który wstępnie rozmawiał z prezydentem i marszałkiem Sejmu.
MSZ szacuje, że wśród osób mogących wystąpić o rekompensaty ok. 16 proc. stanowią Żydzi niemieszkający w Polsce, 10 proc. Polacy niemieszkający w Polsce, a ok. 70 proc. – osoby zamieszkałe w naszym kraju, bez względu na narodowość.

Ile rekompensować?

Rządowy projekt ustawy o rekompensatach przewiduje wypłaty na rzecz poszkodowanych na poziomie 15 proc. wartości utraconego majątku. – W autopoprawce przygotowywanej obecnie przez resort skarbu nie przewiduje się zwiększenia poziomu rekompensat – poinformowało biuro prasowe MSP. Jest to i tak więcej niż na Węgrzech, gdzie zrekompensowano 7 proc. wartości przejętego mienia. Rumunia z kolei deklarowała stuprocentowe rekompensaty, ale… nic nie wypłaciła.
Środowiska żydowskie są zainteresowane podniesieniem rekompensat do 20 proc., tj. do takiego poziomu jak przy roszczeniach zabużańskich (ustawa o roszczeniach zabużańskich została skierowana do Trybunału Konstytucyjnego, mimo że Sejm podniósł poziom rekompensat z 15 do 20 proc.). Roszczenia zabużańskie mają jednak nieco inny charakter, ponieważ opierają się na tzw. umowach republikańskich podpisanych przez Polskę.
Z naszych informacji wynika, że zarówno kierownictwo rządu, jak i minister skarbu są zdecydowanie przeciwni wzrostowi rekompensat. Zbyt duże wypłaty na rzecz poszkodowanych mogłyby zachwiać budżetem państwa. – Nie wyobrażamy sobie, aby w ustawie środowiska żydowskie miały być potraktowane lepiej lub gorzej niż pozostali uprawnieni – zapewnia jeden ze współpracowników szefa rządu.

Rząd pamięta o umowach

Ustawa o rekompensatach nie uzależnia prawa do wypłat od narodowości ani obywatelstwa uprawnionych. Najistotniejszym jej kryterium jest to, czy ktoś utracił w Polsce mienie. Rekompensaty przysługują zarówno osobom fizycznym, jak i spółkom handlowym. Nie mogą się jednak o nie ubiegać osoby będące obywatelami państw, w stosunku do których Polska wypłaciła odszkodowania na podstawie umów międzynarodowych zawartych przez rządy PRL. Umowy takie podpisaliśmy z czternastoma krajami zachodnimi, w tym ze Stanami Zjednoczonymi i Kanadą. W tekście umowy amerykańskiej (odnalezionym w archiwach MSZ przez dr. Waldemara Gontarskiego) rząd amerykański bierze na siebie wszelkie roszczenia obywateli amerykańskich ponad kwotę odszkodowań wypłaconych przez Polskę (która wyniosła 40 mln USD). Nieoficjalnie uzyskaliśmy z kancelarii premiera zapewnienie, że rząd stoi zdecydowanie na gruncie tych umów. Chodzi o to, by Polska nie spłacała pewnych roszczeń dwa razy.
Rekompensaty nie przysługują także osobom, których mienie zostało przejęte na mocy umowy poczdamskiej.
- Stanowisko Polski jest takie, że żadne roszczenia z umów poczdamskich Polski nie dotyczą – stwierdził Kozłowski. Zapewnił, że również międzynarodowe organizacje żydowskie sprzeciwiają się próbom rewizji postanowień poczdamskich i co za tym idzie – są przeciwne pozwom złożonym przez Powiernictwo Pruskie do trybunału w Strasburgu.
W jednym z tych pozwów fabrykant z Wrocławia żydowskiego pochodzenia domaga się od Polski zwrotu majątku. Pojawia się zatem pytanie: co z majątkami żydowskimi na ziemiach zachodnich, które najpierw zostały przejęte przez III Rzeszę, a po wojnie – jako mienie poniemieckie – stały się własnością państwa polskiego?
- Majątki należące do Żydów zostały przejęte, gdy terytorium tym zarządzała III Rzesza. Osoby pokrzywdzone nigdy nie posiadały obywatelstwa polskiego ani ich majątki nie leżały w Polsce – podkreślił pełnomocnik ds. stosunków polsko-żydowskich.

Komu prawo do spadku

Z informacji napływających z MSP wynika, że środowiska żydowskie są zainteresowane kwestią zapisów w ustawie na temat sposobu udowodnienia prawa do spadku w Polsce przez spadkobierców poszkodowanych, a także sprawą zaspokojenia niektórych roszczeń w formie rzeczowej, przewidzianej w ustawie obok formy pieniężnej (dotyczy to m.in. dzieł sztuki). Sprawy te są przedmiotem autopoprawki przygotowywanej przez resort skarbu. Zwrot w formie rzeczowej ma być wprowadzony do ustawy, ale nie ma mowy o szerszej restytucji naturalnej.
Ustawa o rekompensatach nie reguluje roszczeń za mienie przejęte na terenie Warszawy oraz za mienie pozostawione poza granicami kraju w związku ze zmianami terytorialnymi wynikającymi z II wojny światowej.
Z danych Ministerstwa Skarbu Państwa wynika, że wniosków reprywatyzacyjnych może być co najmniej 55 tysięcy. Wartość zgłoszonych roszczeń już w 2003 r. przekroczyła 60 mld zł, a obecnie, w związku z ponad 50-procentowym wzrostem cen nieruchomości, może być znacznie wyższa.

Sumienie nie może ulec propagandzie


Ojciec Święty ostrzega przed “nową falą dyskryminującej eugeniki”, której celem ma być rzekome szczęście ludzkości

Ataki na życie ludzkie odradzają się pod coraz to nowymi postaciami, stąd konieczna jest stała formacja sumienia na fundamencie prawdy i dobra, której efektem będzie przyjęcie – także przez młode pokolenie – osobistej odpowiedzialności za sprawy o decydującym znaczeniu. Tylko ludzie o prawym sumieniu nie dopuszczą się zdrady ani nie pójdą na kompromis w żadnej z dziedzin związanych z promocją życia i obroną prawa do życia. Myśl tę wyraził Ojciec Święty Benedykt XVI w przemówieniu skierowanym do uczestników międzynarodowego kongresu Papieskiej Akademii Życia “Sumienie chrześcijańskie we wspieraniu prawa do życia”.

Stare i nowe problemy związane z prawem każdego człowieka do życia domagają się wzmożonej czujności sumienia, ale też aktywności. Ojciec Święty zdecydowanie przeciwstawił się legalizacji aborcji i eutanazji, polityce kontroli demograficznej i manipulacjom genetycznym, w tym rozmaitym formom eugeniki, związanym np. z procedurą sztucznego zapłodnienia. – Coraz silniejsze są naciski w kierunku legalizacji aborcji w państwach Ameryki Łacińskiej i w krajach rozwijających się, m.in. wskutek liberalizacji nowych form aborcji chemicznej pod pretekstem “zdrowia reprodukcyjnego” – mówił Papież. Na liczne niebezpieczeństwa narażona jest rodzina. Szkodzi jej nie tylko polityka kontroli demograficznej, lecz także próby legalizacji związków mających stanowić alternatywę wobec małżeństwa, a “zamkniętych na naturalną prokreację”. Benedykt XVI zauważył, że celem wielu badań z zakresu biotechnologii jest eugenika, co wyraża się chociażby w “obsesyjnym poszukiwaniu ‘doskonałego dziecka’” – np. na drodze selekcji preimplantacyjnej stosowanej podczas zapłodnienia in vitro. Jak to już znamy z historii – również dziś lansuje się ją w imię fałszywie pojętego dobra ludzkości.
Za promowanie tej ideologii odpowiadają w znacznej mierze media. Aby nie pozwolić się sparaliżować tego typu złudnej propagandzie i w sposób czynny stawać po stronie prawa do życia – od czego zależy przyszłość ludzkości – człowiek musi mieć dobrze uformowane sumienie.
Ojciec Święty ostrzegł przed błędnymi koncepcjami sumienia, które wyrastają z filozofii postmodernistycznej, relatywizmu, wypaczonego rozumienia wolności czy tolerancji. – Sumienie, czyli akt rozumu, który dąży do poznania prawdy rzeczy, przestaje być światłem, a staje się zwykłym tłem, na które świat mediów projektuje skrajnie sprzeczne impulsy i obrazy – podkreślił Benedykt XVI.

Prawo do sprzeciwu sumienia
Czy lekarz chrześcijanin może asystować przy aborcji lub eutanazji “na życzenie”? W żadnym wypadku. Sprzeciw sumienia, któremu towarzyszy respekt dla prawdy i dla człowieka, to nie unikanie odpowiedzialności, lecz pozytywne świadectwo pomocy i służby życiu. W pewnych sytuacjach lekarze i personel medyczny są wezwani do dania takiego świadectwa, uważa przewodniczący Papieskiej Akademii Życia ks. abp Elio Sgreccia. Sprzeciw ten należy wyrazić nie tylko w odniesieniu do aborcji, eutanazji, samobójstwa w asyście lekarza, ale też np. wobec eksperymentów na człowieku w każdej fazie jego rozwoju czy tortur. Hierarcha zaznaczył, że w społeczeństwie, które chce być prawdziwie demokratyczne, sumienie musi być zdolne do wypowiadania się w imieniu tych, którzy nie mają głosu lub są niezdolni do wyrażania siebie, ale mają taką samą godność, jak każdy z nas.
Rozwój nauk i technologii biomedycznych przynosi coraz to nowe wyzwania, a także wątpliwości natury moralnej. Lekarze i naukowcy stają np. przed dylematem, czy godziwe jest prowadzenie badań na komórkach macierzystych, gdy wiadomo, że pochodzą z dzieci w embrionalnej fazie rozwoju. Uczestnicy watykańskiego kongresu szukali odpowiedzi m.in. na takie pytania, jak: co zrobić, gdy ceną za odmówienie wzięcia udziału w tego typu projekcie badawczym jest utrata pracy? Czy osoba, która popiera dozwoloną prawem aborcję czy eksperymenty naukowe połączone z niszczeniem ludzkich embrionów, może uważać się za katolika? Jak powinna na to zareagować wspólnota Kościoła? Czy prawo “uświęca” wszelkie badania biomedyczne?

Szantażysta przyjmowany z honorami

- Znany z antypolskich wystąpień Israel Singer, przewodniczący komisji politycznej Światowego Kongresu Żydów (WJC), powinien zostać uznany w Polsce za persona non grata – uważają członkowie Senatorskiego Klubu Narodowego. Tymczasem Singer będzie przewodniczył delegacji Światowej Żydowskiej Organizacji Restytucji (WJRO), która od jutra ma rozmawiać z naszymi władzami na temat ustawy o rekompensatach za mienie żydowskie przejęte przez władze komunistyczne w latach 1944-1962. Senatorowie uważają, że rozmowy należy co prawda prowadzić, ale bez udziału Israela Singera. Co więcej, senatorowie podkreślają, że obie organizacje żydowskie są uzurpatorami, bo nie mają prawa występować z roszczeniami w imieniu byłych właścicieli i ich spadkobierców.

- Roszczenia wysuwane pod adresem Polski coraz bardziej przerażają. Wystąpiłem do minister spraw zagranicznych Anny Fotygi o uznanie Israela Singera za persona non grata i wykluczenie go z rozmów rządowych do czasu, aż nie przeprosi za obelgi i zniewagi pod adresem naszego kraju. Ten człowiek od wielu lat znieważa Polskę – mówi w rozmowie z “Naszym Dziennikiem” senator prof. Ryszard Bender.
Jutro rozpoczynają się dwudniowe rozmowy przedstawicieli największych organizacji żydowskich z całego świata, zrzeszonych w Komisji Roszczeń ds. Majątkowych (Claims Conference) z premierem Jarosławem Kaczyńskim oraz marszałkiem Sejmu Markiem Jurkiem. Zaplanowano też spotkanie z urzędnikami Ministerstwa Skarbu Państwa poświęcone przygotowywanej ustawie o rekompensatach.
Projekt, który jest po pierwszym czytaniu w Sejmie, przewiduje rekompensaty na poziomie 15 proc. wartości utraconych majątków, niewykluczone jednak, że pod wpływem nacisków organizacji żydowskich wysokość odszkodowań za tzw. mienie pożydowskie może zostać podniesiona do 20 procent. Dzieje się to w tym samym czasie, gdy – jak mówią senatorowie – Polacy, byli właściciele majątków, posiadłości ziemskich, fabryk i terenów leśnych, wciąż mają olbrzymie problemy z restytucją odebranego im przez komunistów mienia.
- Zwróćmy uwagę na to, jak bardzo trudno Polakom doprosić się zwrotu swoich majątków, jak również na to, że płacenie miliardowej kwoty odszkodowań, jakich samozwańczo domaga się Światowy Kongres Żydów, byłoby dla Polski zabójcze – komentuje senator Waldemar Kraska.
Majątek pozostawiony na terenie Polski przez Żydów zamordowanych przez Niemców został przejęty na podstawie prawa spadkowego z 1946 r., w którym zapisano, że jeśli w przypadku wniosku w stosunku do jakiegoś spadku nie zostanie przez polski sąd wydane do dnia
1 stycznia 1949 r. postanowienie o stwierdzeniu nabycia spadku, to taki spadek, jako utracony, przypada Skarbowi Państwa. Dziś suma roszczeń wysuwanych przez Światowy Kongres Żydów sięga około 65 mld dolarów.

Roszczeniowcy – uzurpatorzy
15-procentowe rekompensaty, jakie w myśl ustawy planuje wypłacić Polska z tytułu przejętego bądź zniszczonego mienia, choć w porównaniu z propozycjami innych krajów są wysokie (Węgry proponują 5-10 proc. wartości majątku), nie satysfakcjonują międzynarodowych organizacji żydowskich, skupiających głównie wpływowych amerykańskich przedsiębiorców żydowskiego pochodzenia. Bardzo często, na co zwracał uwagę w wielu wywiadach prof. Norman Finkelstein, nie mają oni rzeczywistego mandatu do występowania w imieniu ofiar holokaustu i ich spadkobierców. Propozycja odszkodowań zawarta w roboczej wersji ustawy budzi gwałtowny sprzeciw Światowego Kongresu Żydów.
Przed kilkoma miesiącami Israel Singer wydał w tej sprawie specjalne oświadczenie: “(…) W sytuacji, gdy inne kraje Europy potrafiły stawić czoła tej kwestii, jest szczególnie ważne, żeby Polska, w której śmierć spotkało tak wiele milionów Żydów, poradziła sobie wreszcie z tą kwestią (…)”. Pod koniec kwietnia tego roku Światowa Żydowska Organizacja Restytucji kierowana przez Singera doprecyzowała swoje roszczenia, pisząc w specjalnie wydanym dokumencie: “Są kraje, których sytuacja ekonomiczna jest o wiele gorsza niż Polski, mimo to są one zdecydowane w pełni zrekompensować roszczenia, według obecnej wartości majątków zagrabionych przez nazistów i komunistów (…)”. Najprawdopodobniej chodzi tutaj o Rumunię, która zadeklarowała zwrot 100 proc. wartości majątków. Tyle że na deklaracjach się skończyło.
- Singer to nie jest przedstawiciel spadkobierców rodzin żydowskich wymordowanych podczas holokaustu. Organizacja, jaką reprezentuje, to uzurpatorzy, chcący przejąć własność Żydów zamordowanych przez Niemców. W ogóle nie należy z nim rozmawiać – podkreśla senator Bender.
Zdecydowaną postawę w rozmowach z przedstawicielami WJRO oraz WJC zapowiadają urzędnicy resortu skarbu. A jednak delegacja kierowana przez Singera jest pełna wiary w sukces swojej misji. Niedawno Dinah Spritzer w biuletynie JTA News napisał m.in.: “Polska jest ostatnim krajem dawnego bloku wschodniego, w którym zajęto się reprywatyzacją mienia prywatnego, zagarniętego przez hitlerowców i komunistów. Ten latami odkładany problem jest dziś bliżej prawnego rozwiązania niż kiedykolwiek (…)”.

Opluwanie sposobem na odszkodowanie?

Ojcem sukcesu organizacji żydowskich ma być właśnie osoba Israela Singera, słynącego z powiązań z politykami Stanów Zjednoczonych oraz głośnych antypolskich wypowiedzi. 19 kwietnia 1996 r. Agencja Reutera przytaczała w relacji z Buenos Aires, z posiedzenia Światowego Kongresu Żydów, buńczuczną groźbę Singera: “(…) Więcej niż 3 mln Żydów zginęło w Polsce i Polacy nie będą spadkobiercami polskich Żydów. Nigdy na to nie zezwolimy. Będziemy nękać ich tak długo, dopóki Polska się znów nie pokryje lodem. Jeżeli Polska nie zaspokoi żydowskich żądań, będzie publicznie poniżana i atakowana na forum międzynarodowym”.
- Oburzające jest to, że człowiek, który publicznie deklaruje, że będzie “opluwał” Polskę, ma być z honorami witany przez nasze władze – mówi senator Janusz Kubiak.
Sami inicjatorzy wniosku przyznają jednak w rozmowie z “Naszym Dziennikiem”, że ich propozycja najprawdopodobniej z powodu tzw. poprawności politycznej zostanie odrzucona. Przestrzegają jednak przed zbytnim uleganiem naciskom Singera, powołując się przy tym na badania i publikacje prof. Normana Finkelsteina, który wielokrotnie wskazywał na brak ciągłości prawnej pomiędzy Światowym Kongresem Żydów a prawowitymi właścicielami majątków żydowskich zniszczonych w czasie okupacji niemieckiej bądź przejętych przez komunistyczne władze PRL.

WJC niewiarygodnym reprezentantem Żydów

Domagający się od Polski odszkodowań Światowy Kongres Żydów (ang.WJC) jest uwikłany w nieprawidłowości finansowe – wynika z dokonanej ostatnio analizy wykonanej na zlecenie żydowskiej organizacji ze Szwajcarii. Od ponad 2 lat domaga się ona wyjaśnienia dziwnych operacji dokonywanych przez przywódców WJC. Ostatnie ekspertyzy nie zależnych instytucji wskazują, że pretensje szwajcarskich Żydów są uzasadnione. Wśród podejrzanych o przekręty finansowe wymieniany jest uczestnik delegacji WJC Israel Singer. To kolejny przykład na to, że organizacja ta nie może być wiarygodnym reprezentantem Żydów poszkodowanych w wyniku II wojny światowej.

Od dwóch lat Szwajcarska Federacja Wspólnot Żydowskich (FSCI) dopomina się od Światowego Kongresu Żydów zwrotu pieniędzy nielegalnie przetransferowanych przez jego władze ze Szwajcarii do USA. W 2004 r. po arbitralnym zamknięciu przez Kongres swojego biura w Genewie dokonał on – bez żadnych wyjaśnień i okazania dokumentów uprawniających go do tego – transferu 1,2 mln USD. Zostały one najpierw przeniesione na konto adwokata w Izraelu, który przesłał je do Londynu, skąd trafiły do Nowego Jorku.
- Chcieliśmy się dowiedzieć, o co tu chodzi. Dlatego postanowiliśmy zbadać tę sprawę. Specjalny raport na temat gospodarowania pieniędzmi wydał prokurator Nowego Jorku. Wynika z niego, że księgowość Światowego Kongresu Żydów była katastrofalna, ręcznie prowadzona – powiedział w rozmowie z “Naszym Dziennikiem” prof. Alfred Donath, przewodniczący FSCI. Szwajcarska Federacja Wspólnot Żydowskich postanowiła zareagować, zamawiając ekspertyzę w firmie audytorsko-doradczej Price Waterhouse-Coopers. Wywołało to oburzenie Światowego Kongresu Żydów, który stwierdził, że decyzja FSCI jest niczym innym jak przejawem wrogości w stosunku do niego i ma na celu wykazanie za wszelką cenę, że nie ma on racji. Kilka dni temu ogłoszono w Genewie rezultaty dochodzenia. Sporządzony raport stwierdza, iż analiza kont finansowych i księgowych Światowego Kongresu Żydów w okresie od 1995 do 2004 r. wykazała “szereg sytuacji bardzo niepokojących”. Mimo że Price Waterhouse Coopers nie udało się porozmawiać ze wszystkimi osobami, z którymi chciał się skontaktować, to zebrane przez niego dowody potwierdzają słuszność zarzutów szwajcarskiej organizacji oskarżającej Światowy Kongres Żydów w Nowym Jorku o bezprawne przelewy finansowe.
Analitycy wskazali ponadto w raporcie inne nie udokumentowane fundusze – 3,8 mln USDz najdujących się na koncie WJC w Nowym Jorku. W tej sytuacji FSCI domaga się od władz Kongresu usunięcia ze stanowisk kierowniczych tego gremium skompromitowanych ludzi odpowiedzialnych za finansowe nieprawidłowości.
O aferze pisała wcześniej także amerykańska prasa, twierdząc, że głównym oskarżonym jest uczestniczący w delegacji, która dziś ma rozmawiać z przedstawicielami władz w Warszawie, Israel Singer, określany w USA jako “magnat nieruchomości”. Z powodu sporu ze szwajcarską organizacją Europejski Kongres Żydów chciał usunięcia ze stanowiska prezesa Szwajcarskiej Federacji Wspólnot Żydowskich Alfreda Donatha, który domagał się wyjaśnienia nadużyć w WJC.
Roszczeniowe działania tej organizacji od lat krytykują także inni żydowscy intelektualiści. Profesor Norman Finkelstein w swojej książce “Przedsiębiorstwo Holocaust” podkreśla, że działania WJC to hucpa obliczona na wyciskanie funduszy, które zagarniają szefowie tej organizacji. “Z chwilą, gdy ‘banda Bronfmana’ [znany żydowski działacz ruchu roszczeniowego i członek władz WJC - dop. red.] ruszy do ataku, Polacy powinni zebrać grupę kilkudziesięciu życzliwych Polsce Żydów, ofiar holokaustu, którzy podpiszą się pod całostronicowym ogłoszeniem w “New York Times”, iż rezygnują z jakichkolwiek roszczeń majątkowych wobec Polski. Takich ludzi nie brakuje, sam pomogę w ich znalezieniu, sam się pod tym ogłoszeniem podpiszę” – napisał w swej książce prof. Finkelstein. “Takich ludzi trzeba zmobilizować do walki z łotram i spodznaku WJC. Pokazanie światu, że roszczenia WJC są bezzasadne, że nawet ofiary się ich zrzekają, że Światowy Kongres Żydów jest uzurpatorem, że działa bez upoważnienia ze strony ofiar – to ich obezwładni” -podkreśla żydowski intelektualista. Dodaje również znaczące, zwłaszcza dla Polaków, słowa: “Chciałbym, aby Polacy wiedzieli, że porządni, prawdziwi Żydzi nie chcą Polski rujnować, nie chcą mieć także nic wspólnego z grupą szantażystów i awanturników”.

Polska albo śmierć

Unia tworzy nowe rozporządzenia i dyrektywy, kraje członkowskie dostosowują do nich swoje prawo i pomnażają przepisy. Hasło dostosowania prawa do norm europejskich działa jak zaklęcie i usprawiedliwia każdą prawną bzdurę

Janusz Wojciechowski
Platforma Obywatelska już porzuciła transparent z napisem “Nicea albo śmierć” będący symbolem sprzeciwu wobec niekorzystnej dla Polski konstytucji europejskiej. Wiadomo było, że Platforma tylko żartowała; za żadną Niceę umierać nie będzie i wkrótce w pierwszym szeregu podąży na bój o wprowadzenie eurokonstytucji. Tymczasem od hasła “Nicea albo śmierć” ważniejsze jest wyzwanie “Polska albo śmierć”.

Koniec suwerenności
Platforma na szczęście Polską nie rządzi, ale jest główną partią opozycyjną. Jej pospieszna kapitulacja bardzo osłabia Polskę w walce o jej interesy w Unii Europejskiej. A jest o co walczyć. Konstytucja europejska w obecnym kształcie najbardziej osłabia właśnie polską siłę głosu, a najbardziej wzmacnia siłę głosu Niemiec. Konstytucja wprowadza też wspólną unijną politykę zagraniczną i wspólną politykę obronną, którą kraje członkowskie będą musiały akceptować bez zastrzeżeń. Po prostu milczeć i słuchać. Dla nas, Polaków, to będzie koniec suwerenności. Bo suwerenność państw wyznaczają przede wszystkim dwie polityki: zagraniczna i obronna. To są podstawowe atrybuty niepodległości. Wszystkich innych funkcji państwo może się pozbyć, przekazać – tak jak w USA – poszczególnym stanom czy – jak w Niemczech – poszczególnym landom, ale polityka zagraniczna i obronność muszą pozostać w gestii jednolitych władz państwowych. Tych atrybutów nie oddaje się za żadną cenę, bo bez nich państwo nie istnieje, a w każdym razie nie istnieje jego suwerenność.

Umowy są święte
Co zatem Polska powinna powiedzieć w sprawie eurokonstytucji? Dokładnie to samo, co słyszymy w Unii po wielokroć – umowy są święte. Gdy w Parlamencie Europejskim walczymy o sprawy polskich rolników, na przykład o podwyższenie krzywdząco niskich limitów produkcyjnych skrobi ziemniaczanej czy mleka, słyszymy odpowiedź – przecież podpisaliście traktat akcesyjny, kwoty tam zapisane są święte. Ani kilograma więcej! Walczymy o ochronę polskich producentów owoców miękkich, żeby była ona równa tej, jaką mają producenci innych owoców w pozostałych krajach – ależ skąd, nie wywalczyliście tego w traktacie akcesyjnym, trudno, szanujcie własny podpis! Chcemy ułatwień dla Polaków na unijnym rynku pracy – nie ma mowy, trzymajmy się tego, co zostało zapisane w traktacie…
Zatem trzymajmy się tego, co zostało zapisane w traktacie! A tam została zapisana Nicea, czyli taki system głosowania, w którym głos Polski czy Hiszpanii ma siłę prawie taką samą jak głos Francji czy Niemiec. Tam zostały zapisane mechanizmy zapobiegające zdominowaniu Unii przez najsilniejsze państwa. Tam zostało zachowane minimum szacunku i respektu dla suwerenności narodowej państw członkowskich. Tam nie ma wspólnej polityki zagranicznej ani obronnej, tam nie ma unijnego prezydenta ani unijnego ministra spraw zagranicznych. Taką umowę podpisał polski rząd, taką umowę zatwierdziło w referendum polskie społeczeństwo – i tego się trzymajmy. Umowy są święte!

Wielka reforma prawa
Opór wobec unijnej konstytucji wcale nie oznacza, że Polska ma uchylać się od debaty o przyszłości ustrojowej Unii Europejskiej. Powinniśmy wziąć w tej debacie aktywny udział i zgłosić własne propozycje. Na przykład powinniśmy zgłosić postulat wielkiej reformy unijnego prawa. Coś na kształt przeprowadzonej w VI wieku przez cesarza Justyniana reformy prawa rzymskiego. Gdy już nie można było się rozeznać w niezliczonych, wydawanych przez kilkaset lat konstytucjach i edyktach, gdy prawo ówczesnego cesarstwa stało się kompletnie nieprzejrzyste i niejasne, cesarz Justynian powołał wielką komisję kodyfikacyjną złożoną z prawników ze szkół w Bejrucie i Konstantynopolu, którzy w ciągu kilku lat zaprowadzili w prawie rzymskim taki porządek, że świeci ono przykładem aż do dziś i naucza się go na wszystkich uczelniach prawniczych.
Unia Europejska też potrzebuje współczesnego Justyniana, gdyż tysiące rozporządzeń, dyrektyw i decyzji dawno już wymknęło się spod kontroli. Sam wielokrotnie doświadczam, jak trudno jest ustalić obowiązujące unijne normy; często nie wiadomo, gdzie ich szukać, a jak się już je znajdzie, to są napisane tak, że trudno je zrozumieć. Ich język jest napuszony, pełen pustych zaklęć i sloganów. Najpierw z tym trzeba zrobić porządek, bo to dotyczy 450 mln ludzi w całej Europie. Od tego bałaganu Unia naprawdę może się zawalić, nie zaś z powodu braku konstytucji.

Polskie prawo też
Nawiasem mówiąc, to i w polskim prawie potrzeba Justyniana, bo przepisy tworzone są bez opamiętania. Kiedyś w Sejmie przeprowadziłem eksperyment ważenia prawa. Dzienniki Ustaw z 1990 r. ważyły skromne cztery kilogramy, dzienniki z 1996 r. już 11 kilogramów, a z 2002 r. aż 42 kilogramy! Nie wiem, ile ważą Dzienniki Ustaw z 2006 r., nie sprawdzałem, ale zgaduję, że jeszcze więcej. Legislacyjny taśmociąg ciągle przyspiesza. Niemal codziennie uchwalana jest nowa ustawa, co godzinę powstaje nowe rozporządzenie, co siedem minut drukowana jest nowa strona Dziennika Ustaw. Zresztą jest to mechanizm wzajemnie powiązany. Unia tworzy nowe rozporządzenia i dyrektywy, kraje członkowskie dostosowują do nich swoje prawo i pomnażają przepisy. Hasło dostosowania prawa do norm europejskich działa jak zaklęcie i usprawiedliwia każdą prawną bzdurę. Prawo rozrasta się ponad wszelką miarę i staje się całkowicie niezrozumiałe dla przeciętnego obywatela. Powstaje pole dla korupcji, bo łowienie ryb jest łatwiejsze w mętnej wodzie. Prawnicy w Polsce z rozrzewnieniem wspominają prawo II Rzeczypospolitej, zwięzłe, proste i zrozumiałe dla każdego. Przedwojenne roczniki Dziennika Ustaw bez trudu mieszczą się w jednym, niezbyt grubym tomie. W takim prawie pola dla korupcji nie było.
A wracając na koniec do Platformy – może i mają rację, porzucając hasło “Nicea albo śmierć”. Mamy przed sobą ważniejsze wyzwanie – Polska albo śmierć.

PS.
Piszę te słowa, wracając z Brukseli i stojąc w gigantycznym korku samochodowym na granicy niemiecko-polskiej w Świecku. Końca kolejki nie widać i wcale też nie widać, że Polska już jest w Unii Europejskiej, granica taka sama jak z Białorusią. Osobowe auta jakoś się przedrą (mam nadzieję), ale kierowcy tirów będą tu stali wiele godzin, potem nieprzytomni ze zmęczenia powodują wypadki. Tym się najpierw trzeba zająć. Bez konstytucji Unia nie zginęła i nie zginie.

Janusz Wojciechowski – absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. W latach 1990-1993 był sędzią Sądu Apelacyjnego w Warszawie. Poseł na Sejm RP II kadencji z listy PSL. W latach 1995-2001 był prezesem Najwyższej Izby Kontroli. W 2001 r. został ponownie posłem do Sejmu. W czerwcu 2004 r. uzyskał mandat eurodeputowanego do Parlamentu Europejskiego. Wiceprzewodniczący Komisji Rolnictwa. Od marca 2004 r. do stycznia 2005 r. prezes PSL, usunięty z partii wszedł do ugrupowania PSL “Piast”.

Otrzymaliśmy

Warszawa, 23.02.2007 roku
Prawo do śmierci
czy prawo do miłości?
List otwarty do pana Janusza Świtaja

Drogi Panie Januszu!
Z wczorajszej prasy dowiedziałem się o Pana sytuacji. Pracuję w duszpasterstwie rodzin, a kiedyś byłem przez kilka lat kapelanem hospicjum. Dlatego informację o Panu odbieram w sposób szczególny.
Najpierw chcę Panu pogratulować Pańskiej troski o rodziców. W tej niezwykłej sytuacji człowieka ciężko chorego myśli Pan bodaj na pierwszym miejscu o nich i o tym, co będzie, gdy jedno z nich umrze. Pragnę też wyrazić głębokie uznanie Pańskim Rodzicom za wychowanie Pana w takim poczuciu szacunku do nich i, jak widać, do innych ludzi.
Prosi Pan o zaprzestanie uciążliwej terapii. Ale z pisma Pana widać, że pukał Pan do tylu instytucji z prośbą nie o śmierć, ale o zwykłą ludzką pomoc. Ma Pan rację, ból fizyczny da się wyciszyć, ale pozostaje ból psychiczny i ból duchowy. Wygląda na to, że adresaci Pańskich próśb, mimo że zdrowi, nie podjęli wysiłków, by zabezpieczyć Panu bodaj minimum stałej opieki i w ten sposób odciążyć rodziców, a przez to ulżyć Panu w trudnym bólu emocjonalnym. Wstydzę się za tych adresatów.
Mam nadzieję, że po tych informacjach zareagują tak instytucje, jak i pojedynczy ludzie, by pośpieszyć Panu z elementarną solidarną pomocą. Z praktyki wiem, że ludzie w Pana sytuacji, gdy mówią o śmierci, to znaczy, że czekają na ciepło, na pamięć, na życzliwość. Od myśli o śmierci może ich odwieść tylko miłość. Tej miłości od ludzi życzę Panu, by mógł Pan spokojnie marzyć o tych swoich dwukółkach, i nie tylko o nich; a może i niejedno napisać, przekazując innym swoje tak szczególne doświadczenie. W opublikowanym Pańskim piśmie widać bowiem duże możliwości głębokiego formułowania myśli.
Niech Pan pozwoli na koniec, że skieruję parę słów do Czytelników wczorajszej prasy. Zwróćmy, Drodzy Państwo, uwagę na zastosowany schemat, wypróbowany już w wielu krajach: najpierw telewizja pokazuje obraz człowieka chorego, zniechęconego, proszącego o zgodę na zaprzestanie uciążliwej terapii. Na drugi dzień, jak na komendę, prawie wszystkie znaczące dzienniki rozpisują się nie o tym, by zgodnie ze sztuką hospicyjną – w której notabene Polska wiedzie prym w Europie i w świecie – przyjść choremu z odpowiednią i skuteczną pomocą, ale o prawie do śmieci. Zauważmy dalej, że podjęto tę akcję w Środę Popielcową, na początku Wielkiego Postu, a więc okresu, w którym sam Chrystus uczy nas sensu cierpienia. Rzuca się więc wierzącej Polsce w twarz hasło żądania prawa do śmierci, a nie dojrzewania na wzór Mistrza z Nazaretu.
W imieniu Krajowego Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin wyrażam najwyższe oburzenie wobec tego cynicznego zagrania redaktorów pism, przecież w Polsce wydawanych i skierowanych do polskich czytelników!
A Pana, Panie Januszu, i Was umęczeni Rodzice przepraszam, że wykorzystano Was i Wasz ból, by podjąć próbę nieludzkiej dyskusji o eutanazji w Polsce. Z całego serca życzę Wam sił w Was samych, życzę skutecznej pomocy od innych.
My mamy prawo i obowiązek miłości, śmierć – zostawmy Panu Bogu.
Z wyrazami szacunku

o. Andrzej Rębacz CSsR
Dyrektor Krajowego Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin

Akta były fabrykowane na potrzeby systemu

Z Włodzimierzem Blajerskim, byłym prokuratorem krajowym, rozmawia Magdalena M. Stawarska

Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, autor książki “Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej”, podkreśla, że wszystkie informacje, które w niej zawarł, mają podstawę w materiałach Instytutu Pamięci Narodowej. Czy jednak można mieć pewność, że materiały źródłowe są wiarygodne?
- Spotkałem bardzo wiele akt, które mogłyby być nawet autentyczne w tym znaczeniu, że te kartki, akta czy informacje zostały faktycznie podpisane przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, ale nie ma jednak żadnej pewności, że te informacje zawierają rzeczywiście prawdę o danym człowieku i o jego postępkach czy zachowaniu. Miałem do czynienia z bardzo wieloma aktami i mogę powiedzieć, że w znacznej części tak niestety się zdarza. Dlatego takie istotne jest rozróżnienie autentyczności materiału od zawartej w nim prawdy. Należy pamiętać o tym, że wytwarzano różne kombinacje operacyjne, np. często rozmowy przeprowadzane przez funkcjonariuszy SB miały zupełnie inny charakter, niż zostało to przekazane w dokumentach. W praktyce okazywało się tak, że odbyły się tylko dwie lub trzy rozmowy, a w materiałach znajdują się informacje, że tych rozmów było kilkanaście. W konsekwencji okazuje się, że to, co zostało okazane jako wartość merytoryczna – albo w ogóle nie ma takiej wartości, albo takiej rozmowy nie było, albo wprowadza w błąd swoich przełożonych po to, żeby zdobyć nagrodę czy awans. Bardzo często w swoich sprawozdaniach funkcjonariusze odwoływali się do zmistyfikowanego spotkania, ale czy było to rzeczywiste spotkanie z agentem, osobowym źródłem informacji, kontaktem operacyjnym czy TW – to już jest zupełnie płynna rzecz, całkowicie dowolna i całkowicie rozmywająca się z rzeczywistym stanem rzeczy.

Jak zatem zbadać, czy ktoś faktycznie współpracował z SB?
- Gdyby rzeczywiście chcieć ogłosić, że ktoś faktycznie współpracował, to musi to być oparte nie na tych informacjach, które bezpieka zawarła w papierach, tylko na konkretnym czynie, który godził w człowieka, w dobro publiczne, w instytucje, w Kościół. W konkretnym przypadku zajmujemy się nie tylko monitorowaniem tego czynu, ale próbujemy dojść do prawdy o zdarzeniu. Gdyby w świetle takich procedur okazało się, że ktoś popełnił karygodny, konkretny czyn i gdyby jeszcze ta osoba mogła się ustosunkować do tego, czy rzeczywiście odnotowana rozmowa miała miejsce i jej treść jest autentyczna, a ponadto istnieje oświadczenie funkcjonariusza i tajnego współpracownika, to dopiero wtedy mamy materiał do postawienia komuś zarzutu. Ale jeszcze daleko do proceduralnej formy osądzenia człowieka.

W jaki sposób więc czytać tę książkę, aby się nie pogubić w tych wszystkich zawiłościach, nie nadinterpretować?
- Trzeba pamiętać o tym, że same akta zgromadzone w IPN nie wystarczą do uznania kogoś za agenta. Najważniejsze jest udowodnienie konkretnego zarzutu, ustalenie, czy jest ślad karygodnego czynu, gdyż samo stwierdzenie na piśmie nie wystarczy. Trzeba rozważnie czytać tę książkę, bo nawet jeśli jest ona oparta na autentycznych, ale niemających nic wspólnego z prawdą materiałach i na podstawie tego przedstawia całe wydarzenie jako podjęcie i prowadzenie współpracy z byłą bezpieką, to po prostu jest to kłamstwo i taka książka nie zawiera żadnych wartości poza podgrzewaniem nastrojów.
Czytelnik, który bierze taką książkę do ręki, musi mieć bardzo duży dystans, bo akta były fabrykowane na potrzeby systemu, wbrew twierdzeniom wielu ideologów, którzy są w IPN i uważają, że nie spotkali się z żadnymi preparowanymi, fałszywymi materiałami. Tak mówią ludzie, którzy nie znają tamtej epoki i uważają akta SB za prawdę. Dlatego karygodne jest przyjmowanie, że jeśli ktoś jest zarejestrowany jako TW, to on na pewno jest TW. Najważniejsze jest to, czy dana informacja została zweryfikowana przez autora, czy w ogóle została podjęta próba weryfikacji danego czynu. Trzeba pamiętać o tym, że akta IPN nie są świętą prawdą i nie można ich traktować jak objawienia. Istotne jest też pytanie świadków o to, czy dane zdarzenie miało miejsce, a nie tylko kierowanie się informacjami funkcjonariusza. Pamiętajmy także o tym, że każdy ksiądz musiał czasami jako przedstawiciel legalnej instytucji doświadczać takich spotkań. I powszechnie wiadomo było, że każdy ksiądz miał swoją teczkę, a przy mikrofilmowaniu można już kompletnie wszystko mistyfikować.

Jak można rozumieć to, że książka została rozdana dziennikarzom na dwa dni przed oficjalnym rozpoczęciem jej sprzedaży?
- Przypuszczam, że autor nie robi tego dla biznesu. Sądzę, że w jakimś stopniu jest instrumentem osób, które walczą z Kościołem. Choć sam autor może sobie tego nie uświadamiać. Dokonując oceny zdarzeń, myślę, że ks. Isakowicz-Zaleski pogubił się w tym wszystkim. Pamiętajmy o tym, że on sam był krzywdzony, podobnie jak ja – i też nie ustrzegłem się błędów łatwego posądzenia. Dlatego rozumiem mechanizm człowieka krzywdzonego i to, że w momencie, kiedy człowiek może coś ujawnić, czasami dokonuje tego za szybko, ze szkodą dla innych. Takie działanie niestety może prowadzić na manowce. Tym łatwiej też różne środowiska mogą wykorzystać pokrzywdzonego człowieka do własnych celów.

Dziękuję za rozmowę.

Roszczenia zagraniczne zostały spłacone

Już w okresie PRL roszczenia odszkodowawcze obywateli obcych wobec Polski wynikające z przejęcia majątków przez komunistyczne władze zostały zaspokojone. Odszkodowania dotyczyły wszystkich obywateli obcych, także tych pochodzenia żydowskiego. Polskie władze powinny głośno przypominać, że nie może być mowy o “roszczeniach żydowskich” wobec Polski. Można mówić jedynie o roszczeniach obywateli polskich, bez względu na narodowość.

Polska zaspokoiła roszczenia obywateli państw obcych z tytułu nacjonalizacji i innych form przejęcia na rzecz państwa majątków w Polsce – wynika z informacji przekazanych “Naszemu Dziennikowi” z MSZ. O uregulowanie sprawy przejętych majątków zadbały władze PRL. Od 1946 r. do początku lat 70. ubiegłego wieku kolejne polskie rządy podpisały umowy z państwami kapitalistycznymi, których obywatele mieli roszczenia majątkowe pod naszym adresem. Takich umów zawarto po wojnie dwanaście z czternastoma państwami, w tym ze Stanami Zjednoczonymi i Kanadą (wspólną umowę miały Belgia i Luksemburg oraz Szwajcaria i Lichtenstein).
- Za PRL informacja o tych umowach była utrzymywana w tajemnicy, ponieważ z punktu widzenia władz komunistycznych fakt zapłaty za nacjonalizację był “niepoprawny ideologicznie” – twierdzi nasze źródło w MSZ.
Na mocy tych umów Polska wypłaciła rządom państw zachodnich odszkodowania przeznaczone na zaspokojenie roszczeń ich obywateli z tytułu majątków przejętych przez komunistyczne władze w Polsce. Odszkodowania dotyczyły wszystkich obywateli, bez względu na narodowość, a więc zaspokajały także tzw. roszczenia żydowskie. Na tym tle roszczenia oparte na narodowości, wysuwane przez Światowy Kongres Żydów, a wyceniane przezeń na 65 mld USD, są pozbawione podstaw.
W projekcie ustawy o rekompensatach za przejęte mienie, nad którą pracuje Sejm, znajduje się zastrzeżenie, że w reprywatyzacji nie mogą uczestniczyć osoby, które uzyskały prawo do odszkodowania na mocy umów międzynarodowych. Jest to ważne, ponieważ rekompensaty mają być przyznawane bez względu na obywatelstwo. Nie jest natomiast jasne, czy o rekompensaty będą mogli występować obywatele obcy, którzy odmówili przyjęcia dość skromnych odszkodowań wypłacanych na mocy wyżej wspomnianych umów międzynarodowych. Sprawa ta wymaga precyzyjnego sformułowania.

Z Ameryką kwita

O wypłatę odszkodowań obywatelom amerykańskim rząd PRL zadbał w 1960 roku. Układ między rządem PRL a rządem Stanów Zjednoczonych w sprawie zaspokojenia roszczeń został zawarty 16 lipca, a 29 listopada podpisano dodatkowy protokół. Na mocy tych umów Polska wypłaciła rządowi Stanów Zjednoczonych sumę 40 mln USD “na całkowite uregulowanie i zaspokojenie wszystkich roszczeń obywateli Stanów Zjednoczonych, zarówno osób fizycznych, jak i prawnych, do Rządu Polskiego z tytułu nacjonalizacji i innego rodzaju przejęcia przez Polskę mienia oraz praw i interesów związanych lub odnoszących się do mienia�”. Układ obejmował wszelkie roszczenia powstałe do dnia jego wejścia w życie (co nastąpiło z dniem podpisania).
Spłata owych 40 mln USD nastąpiła w ratach w ciągu 1961 roku. Nadzór nad wykonaniem umowy sprawował pełnomocnik ustanowiony w ambasadzie amerykańskiej w Warszawie. Polskie Ministerstwo Finansów oprócz przekazania rządowi amerykańskiemu kwoty odszkodowań dostarczało również wszelkich informacji na temat przejętego mienia, pomocnych przy rozdziale odszkodowań pomiędzy poszkodowanych (np. danych o przedwojennych cenach gruntów rolnych i leśnych, placów miejskich, budynków mieszkalnych, przedsiębiorstw i zakładów rzemieślniczych). Strona amerykańska miała obowiązek przed wypłatą odszkodowań ustalić tytuły prawne oraz wartość roszczenia. Ministerstwo Finansów dostarczało przy tym informacji, w jakim stanie znajdowała się dana nieruchomość po zakończeniu działań wojennych. Chodziło o to, aby Polska nie odpowiadała materialnie za zniszczenia wojenne. Przy ustalaniu wysokości odszkodowań uwzględniano zadłużenie przedsiębiorstw i innych nieruchomości. Strona amerykańska zobowiązała się – w przypadku uznania danego roszczenia za wiarygodne – dostarczyć stronie polskiej oryginalne dokumenty, z których ono wynika, oraz oświadczenie podpisane przez uprawnionego o uzyskaniu zaspokojenia.
- Cała ta dokumentacja powinna się znajdować w resorcie finansów – twierdzi pracownik MSZ. Próbę odnalezienia tych dokumentów podjęto na początku prac nad ustawą o rekompensatach. Nie wiadomo, czy z sukcesem.
Rząd Stanów Zjednoczonych zobowiązał się na mocy układu, że nie będzie popierał roszczeń obywateli Stanów Zjednoczonych wobec Polski, a gdyby takie roszczenia zostały wysunięte – mają być odesłane władzom amerykańskim.


Nie można milczeć, trzeba informować

prof. Jerzy Robert Nowak:

Bardzo niedobrym zjawiskiem jest milczenie ze strony kręgów oficjalnych w sprawach odszkodowań za mienie żydowskie. Trzeba informować, bo pewne aspekty sprawy nie są znane opinii publicznej. Przypomniałem w wywiadzie dla “Naszego Dziennika”, że w pierwszych latach powojennych miał miejsce szybki zwrot mienia na rzecz Żydów, którzy często spieniężali je i wyjeżdżali z Polski. Równie mało jest dzisiaj znana sprawa owych kilkunastu umów zawartych przez rząd PRL z USA, Kanadą, Francją i innymi państwami kapitalistycznymi w sprawie odszkodowań za mienie obywateli tych państw przejęte przez władze polskie. Znaczna część tych obywateli była narodowości żydowskiej. W ramach umów odszkodowawczych Polska wypłaciła kwoty odszkodowań. Dziwię się, że władze polskie o tych umowach nie przypominają, skoro w latach 60. były one powszechnie uważane za ostateczną regulację wszystkich roszczeń materialnych wobec Polski.